górskie wyprawy

Hovda w Sandeid 591m n.p.m.

 

To miała być już trzecia Hovda w moim dorobku. Na pierwszą, znajdujacą się w Ølensvåg wspiąłem lata temu, kiedy nawet nie myślałem o pisaniu bloga. Drugą Hovdę ‘’zdobyłem’’ w zeszłym roku a teraz przyszła pora na kolejną. Zapewne gdzieś, w jakimś miejscu znajduje się następna Hovda, ale w mojej najbliższej okolicy wiem tylko o tych trzech. Ta w Sandeid była najwyższa i liczyła 591 metrów nad poziomem morza.

Hovda Sandeid 16
Hovda widziana z parkingu w Sandeid. To i kolejne zdjęcia zostały zrobione w drodze powrotnej.
Hovda Sandeid 15
Norweski kościółek, naprzeciwko którego znajduje się parking.

Sobota zapowiadała się deszczowa, lecz dopiero od południa. Uznałem, że warto wykorzystać poranne godziny na wyprawę do Sandeid. Wstałem o trzeciej w nocy aby załapać się na wschód słońca. Przez jakis czas zastanawiałem się co na siebie włożyć. Długie spodnie zapewniajace większy komfort cieplny i większą ochronę przed kleszczami czy krótkie, w których nogi nie gotowały się przy forsownym marszu. Wybrałem te drugie, tym bardziej, że miałem okazję przetestować tego dnia nowy środek przeciw wszelkiego rodzaju robactwu, w tym i kleszczom.

Gdy wychodziłem z domu było jeszcze ciemno. Podjechałem do Sandeid i zaparkowałem naprzeciw kościoła, na niemal pustym parkingu. Wciąż po ciemku ruszyłem asfaltową drogą ciągnącą się przez dolinę Helgevoll. Co jakiś czas przyświecałem sobie trasę latarką. Po jakimś kilometrze skręciłem za ogromną oborę, gdzie kierował mnie znak wskazujący drogę na Hovdę. Odór w tym miejscu był wręcz powalający ale jakoś udało mi się szybko umknać w bardziej bezpieczne rejony. Mijałem po drodze pastwiska dla owiec i drewniane norweskie domki. Droga już nie asfaltowa lecz kamienista skończyła się jeszcze zanim minąłem ostatnie domostwo. Od tego miejsca wystawiałem swoje buty na działanie mokrej trawy, która bujnie porastała trakt. Kolejne półtora kilometra to mozolny marsz poprzez porastającą drogę mokrą trawę oraz zwierzęce odchody. Mijałem właśnie kolejne pastwiska. W pewnym momencie natknąłem się na stojącą nieruchomo krowę. Nie odważyłem się zaświecić jej po oczach latarką podejrzewając, że bydle może spać. Ponoć konie śpią na stojąco. Czy krowy również? Minąłem ją prędko i poszedłem dalej.

Hovda Sandeid 14
Droga na Helgevoll
Hovda Sandeid 13
Skręcając za tę oborę wstępuje się na drogę prowadzącą na szczyt. Zapachy do najprzyjemniejszych nie należą.
Hovda Sandeid 12
Droga początkowo wiedzie przez takie urocze miejsca.
Hovda Sandeid 11
Potem domków jest mniej a owiec więcej.
Hovda Sandeid 10
Droga porośnięta trawą skrywa wiele tajemnic (dość nieprzyjemnych).
Hovda Sandeid 09
Ale mimo wszystko widoczki są ładne.
Hovda Sandeid 08
Gdyby nie prześwit między drzewami trudno byłoby znaleźć drogę.
Hovda Sandeid 07
Ściana lasu

Niedługo potem natknąłem się na stado owiec. Te akurat były lepiej widoczne w ciemności i na szczęście znajdowały się poza drogą, choć nie mogłem tego samego powiedzieć o owczych kupach zalegających ziemię, po której stąpałem.

Wreszcie, gdy już straciłem nadzieję dostrzegłem znak, kierujący mnie na Hovdę. Droga ostro zakręcała w lewo i właśnie tam wskazywała strzałka na tabliczce z nazwą góry. Nachylenie terenu od razu wzrosło. Ilość kup na drodze jednak nie zmalała. Tu i ówdzie spotykałem jeszcze pojedyncze owce lecz wkrótce wszystkie pozostały gdzieś z tyłu. Po jakimś czasie kolejna tabliczka poinformowała mnie aby zejść z drogi (porośnięte gęsto wertepy na ostatnim odcinku i tak nie miały wiele wspólnego z drogą) i wstapić na ścieżkę. Ścieżka równie mocno porośnięta mokrą trawą dawała nadzieję na wyrwanie się z monotonii marszu po dość nudnawym wcześniejszym odcinku. Początkowo było dość płasko, jednak po jakimś czasie zaczęło się strome podejście a ja dostałem zadyszki.

Przed sobą miałem dwa wzniesienia. To po lewej było moim celem, ale to drugie nie było wcale daleko i mógłbym również tam się wspiąć. Hovda pierwsza, pomyślałem. Jak będę wracał to mogę ewentualnie podejść na tę drugą górkę. Wspinałem sie więc dalej i po jakimś czasie w końcu dotarłem na szczyt. Duża kamienna konstrukcja wskazywała, że jestem na miejscu. Zastałem tam kolejne stado owiec albo kóz (albo kozoowiec), które na mój widok rozpierzchły się pobrzękując uwieszonymi na szyi dzwonkami. Wpisałem się do książki, porobiłem kilka fotek i poczekałem na wschód słońca.

Hovda Sandeid Pano 01
Saneidfjord przed świtem
Hovda Sandeid 01
Hovda 591m n.p.m.
Hovda Sandeid 04
Hovda i widok na Ølsjøen.
Hovda Sandeid 02
Wschodzce słońce na chwilę przebiło się przez chmury.

 

Hovda Sandeid Pano 03
Sandeid i Sandeidfjord oraz okoliczne góry

Wbrew oczekiwaniom widoki z Hovdy  jakoś nie powalały na kolana. Nawet wschód słońca średnio się udał przez zasłaniające niebo chmury. Owszem, było na co popatrzeć ale jakoś bez rewelacji. Poza tym najbliższa okolica szczytu to istne pole minowe. Bobki kozoowiec walały się dosłownie wszędzie. Czekałem w lodowatym wietrze aż słońce wzejdzie i gdy okazało się, że specjalnie nie było na co czekać udałem się na dół.

I tak mogła by ta wycieczka się skończyć, gdybym nie przypomniał sobie, że obok jest kolejna górka, na którą można by wejść. Udało mi się nawet odkryć prowadzącą na nią ścieżkę. Myślałem, że poprowadzi mnie na wprost, gdzie jak widziałem można by się wdrapać ale nie, ścieżka wiodła dookoła wzniesienia. Po drodze natknąłęm się na kolejne stada owiec. Po raz kolejny do moich uszu dotarło głośne pobrzękiwanie dzwonakmi, gdy uciekały przede mną w popłochu.

Miałem wrażenie, że ścieżka, którą idę prowadzi mnie gdzieś indziej i że lada chwila skieruje się w dół i zejdę inną drogą do Sandeid. Jednak trasa wiodła w górę. Po kilkunastu minutach stanąłem na najwyższym punkcie wzniesienia. Nie było tu kamiennego kopca ani żadnego innego oznaczenia szczytu. Po prawej miałem Hovdę, za nią zarys Sandeidfjordu a przed sobą mogłem dostrzec Ølen i wody fjodu Ølsjøen pomiędzy zboczami gór.

Przyznam, że widoki z tego właśnie wzniesienia uratowały tę wycieczkę. Piękna panorama na północy oczarowała mnie. Począwszy od wspomnaianego Ølsjøen, wznoszącej się nad Ølen góry Svartafjell (na której byłem kilka dobrych lat temu) i innych pomniejszych gór i wzniesień, które w blasku porannego słońca wyglądały wręcz bajecznie. Dopełnieniem tych widoków była dolina Helgeland i zbocze Hovdy. Najchętniej usiadłbym i pozachwycał się jakiś czas takim obrazem ale i tu walały się kupy zwierząt, więc po zrobieniu jakichś trzystu zdjęć uznałem, że czas wracać.

W drodze powrotnej wpadłem na genialny pomysł zorganizowania wyprawy, podczas której trzeba by było wejść na wszystkie trzy Hovdy jednego dnia. Można by to ładnie nazwać np. Tre Hovda på ein dag. Tak, wiem mało oryginalnie (ściągnąłem z akcji Fire på ein dag, o której możecie poczytać tutaj). Każda Hovda znajduje się w innym miejscu, więc wiązałoby się to z przejazdami z jednego miejsca na drugie. Poza tym wymagałoby to poracowania trochę nad kondycją bo z tym u mnie coś słabo. No cóż, może w przyszłym roku 🙂

Hovda Sandeid Pano 05
Sandeidfjord i Øktarenuten
Hovda Sandeid Pano 07
Hovda i Helgevoll
Hovda Sandeid Pano 06
Ølsjøen, Svartafjell i okolica
Hovda Sandeid Pano 09
To samo z innego ujęcia
Hovda Sandeid Pano 12
I jeszcze raz. Tu widoczna również dolina Helgevoll.
Hovda Sandeid Pano 11
Helgevoll

Wracając natknąłem się na stado krów. Bydlęta zastawiły swoimi cielskami całą drogę. W dodatku stały tuż przy jednej z bramek i blokowały mi dojście do drabinki na drugą stronę. Z wcześniejszych wypraw wyniosłem doświadczenie, które podpowiadało mi, że nie powinienem się obawiać podejść i przejść obok. Tyle że przejść obok oznaczało tym razem zejście z drogi w miejscu gdzie teren gwałtownie opadał w dół i był naszpikowany mało estetycznie wyglądającymi kamieniami. Gdyby takiej krowie przyszło do łba popchnięcie mnie, pewnie skończyło by się na mało przyjemnym upadku, złamaniu ręki, nogi lub (i) rozbiciu mojej głowy o skałę.

Musiałem jednak coś z tym zrobić, bo inaczej mogłem tkwić tu cały dzień. Powolutku podszedłem do pierwszego bydlęcia i skrajem drogi zacząłęm się przeciskać obok. Krowa podniosła łeb i obwąchała mnie. Kolejne również wyciągały nozdrza w moja stronę. Ciekawskie bestie. Jakoś udało mi się dostać do drabinki. Uchwyciłem się jej i przeszedłem na drugą stronę.

Reszta drogi minęła bez żadnych dodatkowych przygód. Dotarłem do pozostawionego na parkingu auta i mogłem jechać do domu marząc o gorącym prysznicu i czymś do jedzenia.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *