górskie wyprawy

Uførenuten, Råsunuten & Leirtjønnuten

Po zakończeniu wycieczki na Vesle Nup miałem okazję odpocząć przez kilka godzin i zjeść coś w wynajętym na weekend domku (hycie). Przepakowałem się do większego plecaka, zabierając śpiwór i namiot i popołudniu ponownie ruszyłem na szlak.


Tym razem nie miałem sprecyzowanych planów na zdobycie konkretnych szczytów. Okolica obfitowała w kilka górek, na które chciałem się wspiąć ale miała to być raczej spontaniczna wycieczka zakończona noclegiem. I choć do plecaka władowałem niezbędne minimum, to i tak ciążył mi podczas wędrówki niemiłosiernie.
Początek mojej wędrówki rozpoczynał się w Haukeli Skisenter, ośrodku narciarskim, który poza sezonem zimowym raczej świeci pustkami, a okolicę odwiedzają jedynie właściciele położonych tutaj gęsto domków wypoczynkowych. Wspiąłem się na masyw górski Vågsliheii i skierowałem na wschód w kierunku szczytów Uførenuten (1188 m n.p.m.), Leirtjønnnuten (1185 m n.p.m.) i Råsunuten (1172 m n.p.m.). Mijałem większe i mniejsze górskie jeziorka, które aż zachęcały do kąpieli i odświeżenia się po żmudnym marszu w słońcu.
Żadna ze ścieżek, którymi szedłem nie prowadziła na jakikolwiek szczyt, więc żeby się na którąś z górek dostać, trzeba porzucić szlak i skierować sie na przełaj, wśród wrzosów, mchów i innej roślinności. W takich przypadkach pozostawiałem mój ciężki plecak przy ścieżce, wchodziłem na szczyt i po paru minutach wracałem na szlak. Chyba że zamierzałem kontynuować wędrówkę po drugiej stronie góry. Wtedy musiałem dźwigać cały ciężar ze sobą.


Gdyby nie wyładowany plecak, wędrówka byłaby łatwa i przyjemna. Widoki w wielu miejscach aż prosiły się o uwiecznieniu na zdjęciach, choć moim obiektywnym zdaniem, daleko im było do tego, co oglądałem kilka godzin wcześniej w drodze na Vesle Nup.
Wykonałem pętlę, zahaczając o kolejne punkty z listy górek, na które chciałem wejść: Uførenuten, Råsunuten i Leirtjønnnuten. Postanowiłem, że spędzę noc na innym szczycie, na który wszedłem początkowo, nienazwanej górce o wysokości 1198 m n.p.m. Nazwałem ją wzgórzem 1198. Dotarłem tam gdy słońce chowało się za horyzontem i zabrałem się za rozstawianie namiotu. Widok na zapadający zmierzch nad górami Haukeli i różową poświatę słońca daleko za szczytami gór działał kojąco a wyciągnięte z plecaka jabłka, choć mizernych rozmiarów, nigdy nie smakowały lepiej.
Nie miałem ze sobą żadnej książki, nic, czym można by się zająć podczas zapadających ciemności. Wobec tego wsunąłem się do śpiwora i zapadłem w sen. A przynajmniej próbowałem. Okazało się, że niefortunnie rozbiłem namiot na lekkim nachyleniu, dzięki czemu zsuwałem się ze śpiworem po gładkiej powierzchni maty samopompującej. Zaradziłem temu wbijając nogi w ściankę namiotu. Byłem zbyt leniwy, żeby szukać innego miejsca na nocleg. W dodatku robiło się coraz ciemniej. Uznałem, że jakoś to będzie.
I było. Jakoś. Termicznie śpiwór dał radę i nie zmarzłem, mimo że noc okazała się mroźna. Wystawiona na działanie chłodu twarz dała mi jako takie pojęcie o temperaturze na zewnątrz. A że poszedłem spać dość wcześnie, to i wcześnie się przebudziłem, nie potrafiąc już ponownie zasnąć. Była trzecia w nocy, gdy w końcu wygramoliłem się ze śpiwora i postanowiłem zbierać graty. Raczej nie dotrwałbym do wschodu słońca. Umarłbym z nudów. Po ciemku zwinąłem śpiwór, spakowałem namiot i wsadziłem wszystkie luźne przedmioty do plecaka. W świetle czołówki upewniłem się, że nic nie zostawiłem i zacząłem schodzić ze wzgórza 1198.
Nocna wędrówka po górach ma swoje uroki. Przyznam, że ciekawie było przemierzać tę samą trasę, którą szedłem za dnia, tym razem w zupełnych ciemnościach. Bez żadnych przygód zszedłem z masywu Vågsliheii i dotarłem do jednej z licznych norweskich chatek, gdzie miałem zapewniony pobyt na weekend.

After the trip to Vesle Nup I had the opportunity to rest for a few hours and eat something in the rented cabin (hytta). I repacked my stuff into a larger backpack, taking the sleeping bag and tent, and in the afternoon I went out again on the trail.
This time I didn’t have specific plans to reach specific summits. The area abounded in several hills that I wanted to climb but it was supposed to be a rather spontaneous trip ended with an overnight outdoor. And although I packed the necessary minimum in my backpack, I still felt merciless weight during the journey.
The beginning of my trip began at Haukeli Skisenter, a ski resort, which is rather empty out of the winter season, and only the owners of the densely located cabins visit the area. I climbed the Vågsliheii massif and headed east towards the Uførenuten (1188 m a.s.l.), Leirtjønnnuten (1185 m a.s.l.) and Råsunuten (1172 m a.s.l.). I passed larger and smaller mountain lakes, which tempted to swim and refresh after a long walk in the sun.
None of the paths I followed led to any summit, so to get to one of the hills you have to abandon the trail and head to the top by most suitable way, among heathers, mosses and other vegetation. In such cases, I left my heavy backpack by the path, climbed to the top and returned to the trail after a few minutes. Unless I intended to continue my journey on the other side of the mountain. Then I had to carry all the weight with me.
Views in many places asked for the photo session, although in my objective opinion, they were far from what I had seen a few hours earlier on the way to Vesle Nup.


I made a loop, passing by the points from list of hills I wanted to go to: Uførenuten, Råsunuten and Leirtjønnnuten. I decided to spend the night on another peak, which I climbed earlier, an unnamed hill with a height of 1198 m above sea level. I called it Hill 1198. I got there when the sun was hiding behind the horizon and started setting up my tent. The view of the dusk falling over the Haukeli mountains and the pink glow of the sun far behind the mountain tops was soothing. And the apples from the backpack, though of a meager size, never tasted better.
I didn’t have any books with me, nothing to do in the darkness. So I slipped into my sleeping bag and fell asleep. At least I tried. It turned out that I unfortunately pitched the tent on a slight slope and I was sliding down in the sleeping bag over the smooth surface of the self-inflating mat. I managed this by sticking my legs into the wall of the tent. I was too lazy to look for another place to lay down the tent. In addition, it was getting darker. I decided I will manage with that somehow.
And it was. Somehow. I realized that my sleeping bag is quite well thermoisolated and I was not cold even though the night turned out to be freezy cold. A cold face gave me as such an idea of ​​the temperature outside. And because I went to sleep quite early, I woke up early, unable to fall asleep again. It was 3 in the morning when I finally went out of the sleeping bag and decided to collect my stuff. I’d rather not wait to the sunrise. I would die of boredom. In the dark, I rolled up the sleeping bag, packed the tent and put all loose items in the backpack. In the light of the headlamp, I made sure I left nothing and started descent of hill 1198.
Night hiking in the mountains has its charms. I admit that it was interesting to follow the same route that I followed during the day. This time in complete darkness. I left the Vågsliheia massif without any adventures and got to one of the many Norwegian cabins, where I had a weekend stay.

Pobieranie