górskie wyprawy

Ulvanosa

Ulvanosa, szczyt o wysokości 1246 metrów n.p.m. położony jest pomiędzy miejscowościami Utåker i Uskedalen w zachodniej Norwegii. Charakterystyczny kształt grzbietu czyni górę dość popularną latem, gdy pokrywa śniegu stopnieje na tyle, że piesza wędrówka staje się możliwa. Pierwszy raz zauważyłem Ulvanosę w maju ze szczytów Kjellesviknuten oraz Børkjenesnuen. Sprawiała wrażenie niedostępnego kolosa, pokrytego wciąż grubą warstwą śniegu. A jednak charakterystyczny kształt z trzema wyraźnymi wierzchołkami urzekł mnie na tyle, że postanowiłem sobie postawić stopę na szczycie tego giganta. I oto nadszedł czas, żeby zmierzyć się z tą górą.

Na szczyt prowadzą dwie drogi. Jedna od południa z Utåker, druga od północy z Uskedalen. Obie mniej więcej tej samej długości. Postanowiłem wspiąć się od południa, jako że bliżej mi było do miejscowości Utåker, dokąd przeprawiłem się promem z innego niewielkiego miasteczka, Skånevik. Z przystani promowej w Utåker miałem już zaledwie 5 kilometrów do Tveitedalen Skisenter, skąd rozpoczynał się szlak. Wg informacji na stronie ut.no, wejście na górę miało mi zająć 3,5 godziny a zejście nieco mniej.

Dotarłem do parkingu przy Tveitedalen skisenter bez żadnych przeszkód. Pozostawiłem auto i ruszyłem w trasę. Sam szlak wg ut.no zaczynał się kawałek dalej. Droga poprowadziła mnie wzdłuż brzegu jeziora Bakkaastølsvatnet  by potem rozdzielić się i odbić na wschód. Szlak na Ulvanosę powinien się zacząć dopiero tutaj. I to ”powinien” jest odpowiednim słowem, bowiem pomimo usilnych prób, nawet z uruchomioną aplikacją ut.no, nie znalazłem ścieżki, która powinna się tam znajdować. Ostatecznie zacząłem przedzierać się przez las, cały czas z włączonym telefonem w ręce, kierując się wg wskazań mapy. Zazwyczaj szlaki znajdujące się pod opieką DNT są dobrze oznaczone i świetnie utrzymane. Ten tutaj ewidentnie był wyjątkiem. Cóż, właściwie w rzeczywistości nie istniał. Udało mi się dotrzeć w końcu do jakiejś dawno nie używanej drogi, porośniętej wysoką i mokrą trawą. Prowadziła mniej więcej w tym samym kierunku, w którym zmierzałem, więc uznałem, że lepszy rydz niż nic i przemieszczałem się nią, nie próbując dalej znaleźć nieistniejącej ścieżki. Buty przemokły od mokrej roślinności. Moja trasa doprowadziła mnie wreszcie do trasy oznaczonej znakami DNT. Jej przebieg sugerował, że wiodła znad jeziora, z drogi którą szedłem wcześniej lecz kierując się mapą w telefonie odbiłem na jej wschodnią odnogę. Cóż, przynajmniej teraz jestem już na właściwym szlaku, powtarzałem sobie.

Droga wiła się pod górę przez las. Nie było lekko, ale z uporem stawiałem kolejne kroki, wiedząc, że to dopiero początek. Prawdziwa zabawa zacznie się jak tylko minę granicę drzew. Wkrótce szeroka droga przeobraziła się nie wiedzieć kiedy w wąską ścieżkę a jakiś czas później wyszedłem na rozległą polanę. W oddali ujrzałem chatkę. Domek okazał się typową norweską hyttą, jednak ku mojemu zaskoczeniu, nie był zamknięty. Tabliczka na frontowej ścianie głosiła, że przybytek jest otwarty dla każdego. Po naciśnięciu klamki drzwi ustąpiły i mogłem zajrzeć do środka. Okazało się, że chatkę postawiono z pieniędzy publicznych i rzeczywiście każdy może się tu zatrzymać za darmo i przenicować. Ciekawe rozwiązanie.

Kilka minut później znów byłem na szlaku. Wspinałem się mając tym razem ładne widoki wokoło. Nie uszedłem daleko, gdy daleko za swoimi plecami ujrzałem troje wędrowców zmierzających moim śladem. Przyśpieszyłem kroku. Im wyżej się wspinałem tym krajobraz wokół mnie coraz bardziej się zmieniał. Bujna roślinność wokół chatki stopniowo rzedła i wkrótce poruszałem się po coraz rzadziej wydeptanych w gruncie ścieżkach, a szlak wiódł częściej po samych kamieniach. Zanim się zorientowałem, straciłem z oczu jakiekolwiek okazy flory a kroki stawiałem już wyłącznie po kamieniach. Teren dokładnie taki jaki zastać można na Gaustatoppen. Iście księżycowy krajobraz.

Bakkastølsvatnet
Chatka otwarta dla każdego. | The Cabin opens for everyone.

Doszedłem do rozwidlenia szlaków. Jeden, krótszy, prowadził bezpośrednio na szczyt Ulvanosa, dłuższy na inny wierzchołek po drodze. Stwierdziłem, że nie będę szedł na łatwiznę i wybrałem dłuższą trasę, licząc też na to, że idący za mną podążą bezpośrednio na główny szczyt. Parę minut później zorientowałem się, że jednak wciąż mam ich ”na ogonie”. Dłuższy szlak rzeczywiście okazał się dość długi. Wydawało się, że idę całe wieki nim w końcu dotarłem do pierwszego wierzchołka. Wokół otaczały mnie same kamienie ale przestrzeń wokół i widoki robiły wrażenie. Nie zatrzymywałem się, ‘’ścigany’’ przez grupkę wędrowców z tyłu.

Szedłem dalej. Trasa znów strasznie się dłużyła, w dodatku zaczęło brakować mi wody. Pocieszeniem były towarzyszące mi widoki. Szlak zaprowadził mnie na skaj urwiska na samej grani pomiędzy wierzchołkami. Niesamowity widok budził podziw dla dzieł natury. Wkrótce znalazłem pole nie roztopionego wciąż śniegu. Skorzystałem z okazji i napakowałem go do prawie pustego już bidonu. Szczęśliwszy o jeden kłopot mniej, ruszyłem żwawiej przed siebie. Jakiś czas później ni z tego ni z owego wyrósł przede mną charakterystyczny kopiec kamieni. Byłem na szczycie. Wpisałem się tradycyjnie do zeszytu schowanego w metalowej skrzynce i sięgnąłem po aparat. Podczas robienia fotek na miejsce dotarła kolejna osoba, podążająca dotychczas moimi śladami, młoda dziewczyna wraz z psem na smyczy. Zachodziłem w głowę jak ten psiak musiał się czuć na takiej wyprawie. Skakanie z kamienia na kamień taki szmat drogi chyba nie było najprzyjemniejszą rozrywką dla czworonoga.

Okazało się, że dotarcie na szczyt i wpisanie się do zeszytu to nie koniec wędrówki. Przede mną widniała kolejna wąska grań i następne trzy wierzchołki. Mógłbym już w tym miejscu zrezygnować i zawrócić, w końcu już wszedłem na Ulvanosę. Ale pewnie męczyłoby mnie to, że odpuściłem sobie wejście na coś takiego.

Wziąłem łyk wody, zarzuciłem na ramiona plecak i ruszyłem dalej. Szlak prowadził mnie dalej na północ, w kierunku trzech dodatkowych wierzchołków. Już w tej chwili miałem za sobą 4,5 godziny marszu. Godzinę więcej niż to co podawali na ut.no, a przecież nie robiłem aż tak długich postojów. Droga przede mną wydawała się wciąż długa, a jeszcze trzeba będzie jakoś wrócić. Minąłem idących z naprzeciwka piechurów a chwilę później dotarłem do kolejnego śniegowego pola. Prażące słońce uświadomiło mi, że trzeba napełnić bidon, mimo że wciąż miałem w nim pewien zapas. Nie wiadomo czy dalej będzie jakaś okazja do uzupełnienia zasobów wody. Parę minut później ujrzałem za sobą dziewczynę z psem. Tę samą spotkaną na szczycie. Szybko się zbliżała więc pozwoliłem jej się minąć. Piesek twardo dotrzymywał jej kroku, mimo iż teren stawał się coraz trudniejszy. Szlak nie prowadził granią ale nieco poniżej po zachodnim, łagodniejszym stoku. Zapewne z uwagi na bezpieczeństwo. Ścieżka tuż przy opadającym pionowo urwisku mogła stanowić ryzyko upadku. Ale tu, kilkadziesiąt metrów niżej nie było wcale kolorowo. Duże kamloty, przez które niekiedy trzeba było się przedzierać przypominały momentami ostatni odcinek szlaku na Gaustatoppen. Dziewczyna przede mną z minuty na minutę powiększała dzielący nas dystans. Podziwiałem jej kondycję i podziwiałem jej psiaka, tak dobrze radzącego sobie w takim terenie. Wkrótce szlak odbił do góry. Okazało się, że prowadzi na najwyższy, środkowy wierzchołek z owych trzech widzianych wcześniej.

Gdy znalazłem się na górze dziewczyna z pieskiem siedziała na jednym z kamieni odpoczywając po wspinaczce. Chwilę wcześniej na miejsce przybyła od strony Uskedalen jakaś para i oni też odpoczywali nieopodal, podziwiając widoki. Pełno tu było latających wokół twarzy muszek i trzeba było się sprężać z jakimikolwiek zdjęciami, żeby przetrwać ten nalot i szykować się do drogi powrotnej.

I wtedy dziewczyna którą tak goniłem przez ostatnie kilkadziesiąt minut mnie zaskoczyła. Wstała i zamiast zawrócić, udała się dalej, szlakiem schodzącym do Uskedalen. Jak to, pytałem sam siebie. To ona nie wraca tą samą drogą? Może ma tam jakiś transport? I nagle uświadomiłem sobie, że ja też nie mam ochoty wracać taki kawał tą samą drogą. Tyle, że mój samochód został na parkingu niedaleko Utåker, więc jeśli nie mam żadnego transportu, który by mnie podwiózł, nie mam po co schodzić po tej stronie.

Wyciągnąłem komórkę i znalazłem w internecie rozkład autobusów. Nie ma to jak technologia w XXI wieku. Okazało się, że jak się pośpieszę, to może zdążę na autobus o 16.48, który zawiezie mnie na keję do Utåker. Była godzina 13.15 i wydawało się, że jest sporo czasu ale wiedziałem, że do przejścia mam kawał drogi, w dodatku czeka mnie zejście z ponad 1200 metrów a moje kolana tylko czekają, by odezwać się nieprzyjemnym bólem podczas schodzenia.

Nie marnując więcej czasu ruszyłem na dół. Po drodze napotkałem kilka grupek wędrujących w przeciwnym kierunku wędrowców. Dziewczyna z psem była już tylko niewielkim punkcikiem gdzieś daleko z przodu. Zgodnie z przewidywaniami wkrótce odezwały się moje kolana. Droga po kamieniach z męczącej stała się wręcz torturą. Znów zaczęło brakować mi wody, ale uzupełniłem braki przy kolejnym polu śniegowym. Niestety nie topił się on tak szybko jakbym chciał, więc musiałem topić go bezpośrednio w ustach. Pocieszałem się, że z każdym krokiem schodzę niżej ale biorąc pod uwagę wysokość, na jakiej się znajdowałem, marna to była pociecha. Z czasem jednak krajobraz zaczął się zmieniać. Niekończące się kamienie w pewnym momencie zaczęły rzednąć, pojawiła się roślinność, strumień, gdzie uzupełniłem płyny, pasące się owce i pierwsze drzewa. Jednak mapa na komórce i gps wskazywały, ze przede mną wciąż daleka droga. Pośpieszałem sam siebie. Gdybym nie zdążył na autobus, kolejny będę miał dopiero dwie godziny później. A jeszcze czeka mnie spacer po samochód. I muszę zdążyć też na prom do Skånevik. Pomału zacząłem żałować swojej decyzji. Może lepiej było po prostu zawrócić niż pchać się do Uskedalen.

Tymczasem wszedłem już w las. Wciąż walczyłem z bólem kolan i miało tak być dopóki teren będzie opadał. Dokuczały mi też stopy. Zapewne ciągłe skakanie po kamieniach dało im się we znaki. W końcu, po trwających wieki udrękach wypadłem z leśnej ścieżki na parking i szutrową drogę, która miała mi dać już nieco ukojenia. Rzeczywiście, jej nachylenie nie było aż tak męczące i mogłem w miarę spokojnie kontynuować marsz nie nadwyrężając swoich kolan. Wkrótce zaprowadziła mnie do asfaltowej szosy, którą miałem dotrzeć do samego Uskedalen. Miałem nadzieję, że zdążę na autobus.

Zdążyłem. Dotarłem na przystanek jakiś kwadrans przed czasem. Wyzwaniem był jeszcze wyścig z wyczerpującą się baterią w komórce. Korzystając z ostatnich procentów mocy, musiałem zainstalować apkę przewoźnika i zakupić bilet. Szczęśliwie i to się udało, choć nikt mi tego biletu nie sprawdzał. Dojechałem na keję w Utåker mając jedną przesiadkę. Czekał mnie jeszcze długi spacer po auto do Tveitedalen Skisenter. Trochę pod górkę asfaltową drogą, a potem ostatnie 2 kilometry szutrową dojazdówką na sam parking przy ośrodku narciarskim. Woda skończyła mi się jeszcze w autobusie, organizm zużywał więc teraz głębokie rezerwy. Z ulgą powitałem czekający na mnie samochód i zachomikowaną w nim butelkę wody. Była ciepła od nagrzanego wnętrza auta ale i tak piłem chciwie jakby pochodziła z samego górskiego źródła. Wreszcie mogłem usiąść za kierownicą i podjechać na przystań promową.

Gdy byłem na miejscu okazało się, że muszę czekać całą godzinę na kolejną przeprawę. Cóż, jeszcze nie tak dawno ścigałem się z czasem, aby zdążyć na autobus. Teraz miałem go aż w nadmiarze. Tym razem oczekiwanie dłużyło się w nieskończoność. Zmęczenie, głód i pragnienie podsuwały mi dostępne opcje kulinarne po powrocie do domu. Ostatecznie stanęło na pizzy i zimnym piwie.

Ulvanosa, a peak of 1246 meters above sea level is located between Utåker and Uskedalen. The characteristic shape of the ridge makes the mountain quite popular in summer, when the snow cover has melted enough to make hiking possible. I noticed Ulvanosa the first time in May from the distance, when I hiked on mountains Kjellesviknuten and Børkjenesnuen. It looked like an inaccessible colossus, still covered with a thick layer of snow. And yet the characteristic shape with three distinct vertices captivated me so much that I decided to put my foot on the top of this giant.
There are two roads to the top. One from the south from Utåker, the other from the north from Uskedalen. Both more less the same length. I decided to climb from the south as I was closer to Utåker, where I get by the ferry from another small town, Skånevik. From the ferry in Utåker, I had just 5 kilometers to Tveitedalen Skisenter, where the trail started. According to information on the ut.no website, it was supposed to take me 3.5 hours to go up and go down should take a bit less.
I reached the parking lot at the Tveitedalen skisenter without any problems. I left the car and started my trip. The trail itself, according to ut.no, started a little bit further. The road took me along the lakeside and then split up and turn east. The trail to Ulvanosa shouldt start from this place. And this „should” is the right word, because despite strenuous attempts, even with the ut.no application running, I did not find the path that should be there. Finally, I went through the forest, all the time with the phone in my hand, following the map. Usually the routes marked by DNT are visible and well maintained. This one was clearly the exception. Well, it didn’t actually exist. I finally managed to reach some unused road, covered with tall and wet grass. It was going in more less the same direction I was going, so I decided it was better than nothing, and I moved along it, making no further efforts to find the nonexistent path. The shoes were soaked with wet vegetation. My route has finally led me to the DNT route. Its routing suggested that it led from the lake, from the road I was walking earlier, but following the map in the phone, I turned to its eastern branch. Well, at least I’m on the right track now, I told to myself.

The road led uphill through the forest. It was not easy, but I stubbornly took the following steps, knowing that this was just the beginning. The real fun starts as soon as I pass the tree line. Soon, the wide road turned into a narrow path and after some time later I came out on a vast clearing. I saw a cabin in the distance. The cottage turned out to be a typical Norwegian hytta, but to my surprise it was not closed. A sign on the front wall said that door are always open to everyone. I could go inside and see the interior. It seems that the cabin was built from public money and indeed anyone can stay here for free. Quite interesting solution.
A few minutes later I was back on the trail. I was climbing with nice views around this time. I didn’t get very far when I saw the three hikers following my footsteps far behind me. The higher I climbed, the landscape around me changed more and more. The lush vegetation around the cabin gradually thinned and soon I was moving along less and less frequently trodden paths in the ground, and the trail led more often along the stones themselves. Soon, I lost sight of any specimens of flora and my steps were taken only by rocks. The area exactly as you can find on Gaustatoppen. A truly lunar landscape.
I came to a crossroad of the trail. One, the shorter, led directly to the summit of Ulvanosa, second, the longer to another peak on the way, Øktaredalsnuten. I decided that I would not go the easy way and chose the longer route. The longer trail seemed to be quite long. It took ages before I finally got to Øktaredalsnuten. It didn’t stand out with anything special. Only stones surrounded me, but the space and views were impressive. I didn’t stop being ‚chased’ by a group of hikers behind.

I kept walking. The route was very long again, and I realized that I have almost run out of water. The views that accompanied me were a consolation. The trail led me to the cliffs on the very ridge between the peaks. The amazing view aroused admiration for the works of nature. Soon I found a field of still unmelted snow. I took the opportunity and packed it into an almost empty water bottle. At least one less trouble, I moved briskly ahead. Soon, a characteristic mound of stones rose in front of me. I was at the top. As usual, I signed in the notebook hidden in a metal box and reached for the photo camera. While taking photos, another person who had been following in my footsteps so far arrived, a young girl with a dog on a leash.

It turned out that reaching the top and entering the notebook is not the end of the journey. There was another narrow ridge in front of me and three more peaks. I could have given up at this point and turned back, I finally climbed Ulvanosa. But I would probably be bothered by the fact that I gave up on something like that.


I took a sip of water, threw my backpack over my shoulders, and continued my way. The trail continued north to three more peaks. I was already walking for 4.5 hours. An hour more than what they say on ut.no. The road ahead seemed to be still long, and I still have to come back somehow. I passed hikers walking from the opposite direction and a moment later I reached another snow field. The scorching sun made me realize that I needed to fill the water bottle, even though I still had some reserve in it. You never known whether there will be an opportunity to refill water bottle. A few minutes later I saw a girl with a dog behind me. The same one I met at the top. She was fast so I let her pass. The dog was keeping pace with her, even though the terrain was getting more and more difficult. The trail did not go along the ridge, but slightly below the western, gentler slope. Probably for security reasons. But here, several dozen meters below it was not at all colorful. The large stones, resembled the last stretch of the trail to Gaustatoppen. The girl in front of me increased the distance between us every minute. I admired her condition and admired her dog, which was doing so well in such terrain. Soon the trail turned upwards. It seemed that it leads to the highest, middle peak of the three I seen earlier. It is called Geitadalstind.
When I get finnaly to the summit, a girl with a doggie was sitting on one of the stones resting after the climb. A moment earlier, one couple had arrived from the direction of Uskedalen, and they were resting too, admiring the view. There were a lot of flies flying around my face, and that was very frustarting.

And then the girl I was chasing for the last minutes surprised me. She got up and instead of turning back she continued on the trail descending to Uskedalen. How is that, I asked myself. Is she not coming back the same way? Maybe he has some transport there? And suddenly I realized that I do not want to go back the same way. Of course my car is left in the parking lot near Utåker, so if I don’t have any transport to pick me up, I have to go back.
I pulled out my mobile and found a bus schedule on the internet. God bless the technology in the XXI century. I found out that if I hurry up, maybe I can catch the bus at 4:48 pm that will take me to the quay at Utåker. It was 1:15 pm and it seemed to be a lot of time, but I knew that I had a long way to go. In addition, I had to descend from over 1,200 meters and my knees are just waiting to give me a shot of unpleasant pain while descending.
Wasting no more time I went down. On the way, I encountered a few groups wandering hikers in the opposite direction. The girl with the dog was just a tiny speck far ahead. As expected, my knees soon gave up. The road over the stones turned from tiring to torture. I ran out of water again, but I filled the bottle at the next snow field. Unfortunately, it didn’t melt as fast as I would like, so I had to melt it directly in my mouth. Slowly, the landscape began to change. Endless stones were replaced by vegetation. I found a stream where I replenished the fluids. There were also grazing sheep and finally the first trees. However, the map on the cell and GPS indicated that there was still a long way to go. I rushed myself. If I hadn’t catch the bus, I wouldn’t have another one until two hours. And I still have a walk to get the car in Utåker. And I also have to catch the ferry to Skånevik. I slowly began to regret my decision. Maybe it was better just to turn around than to go to Uskedalen.
Meanwhile, I entered into the forest. I was still struggling with the pain in my knees but I felt that I am closer to the end of this journey. Finally, after centuries of suffering, I ran out of the forest path to the parking lot and the gravel road, which was supposed to give me a little relief. Indeed, its slope was not that tiring and I could continue my walk relatively calmly without straining my knees. Soon, the road took me to the asphalt road, which I was supposed to reach Uskedalen. I was hoping to make it on time for the bus.

I got to the bus stop about fifteen minutes before it comes. Another challenge was the race with a running out the battery in the cell phone. Using the last percentages of power, I had to purchase a ticket. Luckily, it was successful, although no one checked my ticket during the ride. I got to the quay in Utåker with one change. I still had a long walk to get my car to Tveitedalen Skisenter. A bit up the hill by an asphalt road, and then the last 2 kilometers by a gravel road to the parking lot at the ski resort. I had run out of water on the bus, so my body was now using up deep reserves. I was relieved to greet the car waiting for me and the bottle of water in it. It was warm from the heated interior of the car, but I drank greedily anyway, as if it came from the mountain spring. Finally, I was able to get behind the wheel and drive to the ferry quay.
When I was there, it realized that I had to wait a whole hour for the next crossing. I spend this time thinking what should I eat for dinner, when I get home. Finally I decided for pizza and cold beer.

Download file: 20200811_050520.gpx