Karaluchy – recenzja

16 Lis

Norwegia to nie tylko góry, fjordy i trolle. Kolejnym znakiem rozpoznawczym, towarem eksportowym wręcz, jest nazwisko Jo Nesbø. Pisarz kryminałów oraz książek dla dzieci od kilku już lat nie ma sobie równych jeśli chodzi o ilość sprzedanych egzemplarzy w kraju wikingów. I o ile w sąsiedniej Szwecji prym wiodą takie nazwiska jak Henning Mankell czy Camilla Läckberg to Nesbø w swoim kraju praktycznie nie ma konkurencji. Sławę przyniósł mu cykl kryminałów, w których postacią centralną jest komisarz Harry Hole, twardziel, inteligentny śledczy i alkoholik. Każda książka z cyklu ma swój niepowtarzalny klimat. Każda to mroczna opowieść o zbrodni, brutalnych morderstwach, skomplikowanym śledztwie i wewnętrznej walce głównego bohatera z wewnętrznymi demonami.

Zachęcony paroma poprzednimi powieściami sięgnąłem po kolejny kryminał z serii i mój wybór padł na ‘’Karaluchy’’ (tak, wiem, dobór kolejności książek z udziałem Harrego Hole jest tu dość przypadkowy). Powieść ta, oprócz swojej tradycyjnej papierowej formy została u nas wydana również jako audiobook z udziałem kilku znanych polskich aktorów i całemu przedsięwzięciu przypięto dumną łatkę Superprodukcja. Czy taka super to nie wiem. Na pewno znalazły się w niej i plusy i minusy. Przynajmniej moja skromna osoba może powiedzieć, że pewne rzeczy można było zrobić lepiej a inne bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły.

Ale zacznijmy od początku a więc od treści. Harry Hole zostaje wysłany do Tajlandii, kiedy ambasador Norwegii w Bangkoku zostaje zamordowany w jednym z tamtejszych moteli. Harry ma za zadanie wyjaśnić sprawę morderstwa i znaleźć zabójce. I tak akcja powieści przenosi się z zimnej i mrocznej Skandynawii wprost na gwarne ulice Bangkoku, w upał, duchotę i wysoką wilgotność. Harry zaprzyjaźnia się z tamtejszymi policjantami (zwłaszcza z prowadzącą śledztwo Liz Crumley) i poznaje atmosferę norweskiej społeczności na imigracji. Aby odnaleźć mordercę ambasadora zmuszony jest zanurzyć się w najmroczniejszą część miasta, tę część, gdzie rządzą przestępczość, prostytucja, kluby ze striptizem, palarnie opium i handel narkotykami. To wszystko, co nie lubi światła dziennego. Zupełnie jak karaluchy.

Fabuła skonstruowana jest rewelacyjnie. Tropy wiodące do mordercy Nesbø rysuje zawiłą linią umiejętnie zwodząc czytelnika i jednocześnie zachęcając go do dalszego podążania za sierżantem Hole. To co ujmuje w książkach o Harrym Hole to jak już wspomniałem, świetny, mroczny klimat ale również naprawdę dobrze zarysowane postacie. Sam główny bohater oprócz tego, że autor narzucił mu rolę prowadzenia śledztwa, musi zmagać się ze swoim alkoholizmem, bólem po stracie ukochanej i szeregiem innych uczuć. Każda z postaci ma swoje własne życie, każda ma jakąś tajemnicę i tak naprawdę nikt nie jest wolny od podejrzeń.

Audiobook został zrealizowany pod szyldem serwisu Audioteka. Oprócz tradycyjnych głosów aktorów nasze uszy atakują dźwięki ulicy i otoczenia bohaterów. Podobno były one nagrywane w stolicy Tajlandii, czyli w miejscu, gdzie toczy się akcja powieści. Dodatkowo otrzymujemy wpadającą w ucho i przewijającą się przez całe słuchowisko muzykę Wojciecha Mazolewskiego, którą trzeba zapisać na plus. Co do obsady aktorskiej, to przyznam, że nie przepadam za niektórymi nazwiskami, stojącymi za realizacją projektu, z czego, gdyby to ode mnie zależała na bank wymieniłbym główna postać, czyli Borysa Szyca, podkładającego głos pod Harrego Hole. Są jednak postacie, które zostały zagrane według mnie wręcz genialnie i tu muszę na chwilę przystanąć i wymienić parę nazwisk.

Łukasz Simlat, nazwisko, z którym zetknąłem się dopiero teraz, wciela się w postać Jensa Brekke, biznesmena i analityka giełdowego. Głos pana Łukasza tak bardzo pasuje do granej przez niego postaci a emocje, jakie towarzyszą poszczególnym dialogom tak idealnie zostały odwzorowane w barwie głosu, że to po prostu mistrzostwo świata. I ten śmiech… Szaleńczy śmiech Jensa zapada na długo w pamięć.

Następna postać to Runa Molnes i głos weroniki Asińskiej. Raczej mało znana aktorka a szkoda, bo głos ma nieziemski. W tym głosie czuć było całą postać Runy, nastolatkę, romantyczkę osobę ciepłą i życzliwą choć doświadczoną przez życie.

Wspomnieć jeszcze muszę o wielkiej frajdzie jaką miałem słuchając jedynej sceny z udziałem Mateusza Kościukiewicza jako Jima Love. Sama postać jest przezabawna a interpretacja aktorska wywołała na mojej twarzy szerokiego banana. I chyba była to jedna z nielicznych scen, w całej książce, kiedy można było się uśmiechnąć.

Poza tym wielu pozostałych aktorów świetnie dało radę ze swoimi postaciami. Może bez specjalnych fajerwerków jak te wyżej przytoczone ale i bez wpadek. Jest natomiast jedna rzecz, do której muszę się przyczepić bo zepsuła mi ona całą przyjemność ze słuchania. Otóż całe te nagrywane w Bangkoku odgłosy momentami są zbyt głośne. Nie wiem, czy to jakaś niedoróbka, czy specjalnie to zrobiono, ale bywa, ze w ogóle nie słychać dialogów. Zdaję sobie sprawę, że fajnie tak podłożyć odgłosy ulicy, że hałas wydaje się jak żywy i mamy do czynienia z dużym realizmem ale przecież to jest książka. Owszem zgadzam się na jakieś głośniejsze wstawki, tylko, żeby one zostały ściszone zanim lektorzy się odezwą. Przyznam, że części dialogów w ogóle nie zarejestrowałem właśnie z powodu owych super wypasionych odgłosów otaczającego świata. Wkurzają także głośne posapywania w momencie, kiedy Hole oraz Ivar Løken biegną pod osłoną ciemności do domu podejrzanego. Miałem wrażenie, że Borys Szyc zaczyna sapać jeszcze zanim, grany przez niego bohater zaczyna biec.

Cóż, czas na jakieś podsumowanie. Czy mi się podobało czy wręcz przeciwnie? Poleciłbym audiobooka czy raczej tradycyjną książkę? Na pewno sama historia o morderstwie i poszukiwaniu mordercy to jeden z lepszych kryminałów z jakimi miałem do czynienia. Świetnie zarysowane postacie, liczne wątki poboczne, częste zwroty akcji i mroczny klimat przestępczego Bangkoku to zdecydowane plusy powieści. Sama realizacja dźwiękowa pozostaje jakby nie do końca przemyślana, zwłaszcza wspomniana głośność tła, która bywa głośniejsza niż pierwszy plan. Obsada na plus, choć i tu bym coś zmienił. Muzyka fajna i nieźle komponująca się w całość a przy tym szybko wpada w ucho i zapada w pamięć.

Ogólnie czas spędzony na odsłuchaniu powieści nie uważam za stracony. Mimo paru niedociągnięć trzeba przyznać, że słucha się dobrze, choć są momenty, kiedy tęskniłem za papierową wersją. Myślę, że dla tych, którzy mają czas i mogą sobie na to pozwolić, poleciłbym zapoznanie się zarówno z książką tradycyjną, jak i z audiobookiem. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że po obie wersje sięgną tylko maniacy twórczości Jo Nesbø i wierni fani przygód Harrego Hole.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *