Vestvoll – Friarane – Kjort – Brennestag – Blikra

17 Sie

2016.08.14

Ostatnie dwa, trzy tygodnie to nieustające deszcze. Typowa norweska pogoda, można by powiedzieć. Ale chyba nie do końca taka typowa skoro nawet w Bergen odnotowali rekordową ilość opadów o tej porze roku. I rzeczywiście padało niemiłosiernie i wszystko wskazywało na to, że lato w Norwegii już się skończyło. Zastanawiałem się czy jeszcze zdążę wybrać się na jakąś wycieczkę w góry przed planowanym wrześniowym urlopem i pilnie śledziłem prognozy pogodowe.

Po długich oczekiwaniach doczekałem się w końcu poprawy pogody. Prognozy przewidywały poprawę od niedzieli a ja błyskawicznie przypomniałem sobie, że widziałem zawieszony na tablicy ogłoszeń w lokalnym sklepie plakat z informacją o planowanej corocznej wyprawie górskiej. Impreza nosiła nazwę Fire på ein dag (cztery jednego dnia) i przewidywała zdobycie czterech okolicznych szczytów podczas kilkugodzinnego marszu. Przyznam, że widziałem podobne plakaty w poprzednich latach ale jeszcze nie byłem na tego typu imprezie. Program obejmował poczęstunek na trasie a nawet grilla na zakończenie, o ile miało się ze sobą coś do posmażenia. Trasa zaczynała się w Vestvoll i biegła przez Friarane, Brennesteg, Vardafjell i Åkslę. Następnie zejście do Sletthaug, gdzie miało być owe grilowanie i dalej dojście do Aurdal, skąd autobusem zorganizowano powrót do Vestvoll.

fire pa ein dag

Plakat informujący o imprezie.

Pomyślałem, że dobrze byłoby zabrać ze sobą Tymoteusza, jako że chłopak był totalnie wynudzony siedzeniem w domu. Co prawda trasa była dość długa i mogła być męcząca ale na szczęście zawsze mogliśmy ją przerwać po zdobyciu Brennestag i zejść do Blikry, skąd byłoby już blisko do pozostawionego na Vestvoll samochodu. Tymek dał się przekonać do wyprawy zadziwiająco łatwo. Jedynym jego warunkiem było zabranie ze sobą swojego nowego parasola ze spider-manem.

I tak w niedzielę rano o 9.30 stawiliśmy się na niewielkim parkingu na Vestvoll. Pogoda odbiegała od tej z prognoz. Było pochmurnie a tuż przed wyjściem z domu zaczęło mżyć. Ubrałem Tymka w nieprzemakalne wdzianko i kalosze, sam zadowalając się lekką deszczoodporną kurtką i stuptupami ochraniającymi buty i dolne części dżinsów. Przyjechaliśmy na miejsce jako jedni z pierwszych, mieliśmy więc okazję wymienić parę zdań z organizatorem imprezy. Okazało się, że w ubiegłych latach była dość duża frekwencja, dochodząca nawet do stu osób. Przyznam, że spodziewałem się zaledwie garstki zapaleńców. Rzeczywiście, po chwili zaczęli docierać kolejni gotowi do marszu chodziarze. Nie liczyłem każdego ale wedle moich szacunków mogło być około czterdziestu – pięćdziesięciu ludzi, w większości okolicznych mieszkańców. Byli i starsi, zapewne już emeryci jak i małe dzieci w wieku Tymoteusza. Dostrzegłem również swojego sąsiada z najstarszym synem i przez chwilę udało nam się porozmawiać.

Nie szliśmy jedną zorganizowaną grupą jak na pielgrzymce. Część osób ruszyła zaraz po wydostaniu się z samochodu, nie czekając aż przyjadą inni. Każdy szedł swoim tempem. My również ruszyliśmy jak tylko zapłaciłem organizatorowi za udział (kosztowało mnie to 50 koron). Tymek ze swoim obowiązkowym parasolem nad głową wyglądał nieco komicznie i początkowo szedł w milczeniu, speszony obecnością innych ludzi. Gdy jednak zostaliśmy sami a dystans do kolejnej grupy osób stał się większy, język mu się rozwiązał i zostałem zasypany informacjami ze świata gier, w jakich moja pociecha ostatnio gustuje.

Deszcz przestał padać, można było więc złożyć i schować parasol a także zdjąć kurtki. Marsz pod górę sprawiał, że zrobiło się ciepło i wkrótce po kurtkach zaistniała potrzeba zdjęcia również bluz. W podkoszulkach szło się zdecydowanie wygodniej.

Droga pięła się dość ostro pod górę ale nie było jakoś szczególnie trudno. Może dlatego, że musiałem dostosować tempo marszu do możliwości dziecka. Trasa, częściowo wiodła przez las, a za naszymi plecami co jakiś czas wyłaniał się obraz pozostającej coraz niżej doliny Vats.

IMG_1650 a

Widok na Vats i idące za nami norweskie rodziny.

IMG_1652 a

Tata, chyba się zmęczyłem.

IMG_1653 a

Idziemy dalej, synku. Odpoczniemy później 🙂

Jeszcze zanim doszliśmy do pierwszego punktu programu, czyli Friarane Tymek zaczął narzekać, że ciężko i że ma ciężki plecak. No tak, to było nieuniknione. Udało nam się jednak dotrzeć na miejsce bez większych problemów. Gdy tylko mój mały trol usiadł na ławeczce i zaczął zajadać cukierki ze swojej śniadaniówki, przeładowałem jego kurtkę i parasol do swojego plecaka. Wpisałem nas do książeczki na Friarane i mogliśmy ruszać dalej.

IMG_1658 a

Zasłużony posiłek.

Od tego miejsca szeroka droga zastąpiona została wąską ścieżką wśród mokrych traw a ostatnie deszcze zamieniły okolicę w teren usiany kałużami i błotem. Tymek po kilku minutach takiego marszu poinformował mnie, że ma mokro w butach. Podejrzewałem, że musi mieć dziurę w kaloszach, jako że zdarzało się to już wcześniej. Nie chciałem już teraz wracać. Wiązałoby się to z powrotem tą samą trasą. Uznałem, ze lepiej będzie wspiąć się na Brennestag i zejść dopiero stamtąd. Szliśmy więc dalej a idący przede mną Tymoteusz radził sobie całkiem nieźle. Dobry humor raz mu się włączał a raz wyłączał. Zupełnie jak w kalejdoskopie.

IMG_1659 a

Mam mokro w butach.

IMG_1663 a

Wspinamy się po linie.

Doszliśmy do sporego kamiennego osuwiska, które trzeba było pokonać. Ostrożnie, aby nie pośliznąć się na mokrych kamieniach przeszliśmy wyżej. A tam czekała na nas kolejna niespodzianka. Poręczówka. Tutaj było naprawdę stromo ale wzdłuż ścieżki mieliśmy mocowaną do drzew linę, po której można było się podciągnąć. Mój synek nie za bardzo obeznany z technikami wspinaczki co chwila przewracał się na bok, wywołując kolejne fale frustracji. W pewnej chwili uderzył lekko głową o skałę i polały się łzy. Znalazłem trochę miejsca, żeby zejść ze ścieżki i przepuścić czekających cierpliwie za nami ludzi. Zostaliśmy sami. Za nami już nikt więcej nie szedł. Chwilę zajęło nim Tymek się uspokoił i ruszyliśmy dalej. Jakoś udało nam się pokonać odcinek z poręczówką i wyjść na bardziej płaski teren. Nastrój małego trola po jakiejś chwili znów się poprawił i wkrótce radośnie śmigał między kolejnymi wskazującymi drogę patyczkami.

Przed nami majaczył już szczyt. Początkowo myślałem, że to już Brennestag. Nie wchodziłem nigdy na tę górę od tej strony. Okazało się jednak, że to Kjort, górka licząca 506 metrów nad poziomem morza. Na szczycie przywitali nas aplauzem mijający nas wcześniej Norwedzy. Tu nie było zeszytu, do którego można by się było wpisać. Zrobiliśmy krótką przerwę zajadając kanapki i słodycze z Tymkowej śniadaniówki. Po takiej dawce cukru humor mojej pociechy znów się poprawił. Mogliśmy ruszać dalej.

IMG_1670 a

Szczyt Hovda 531m n.p.m..

IMG_1682 a

Kjort

IMG_1684 a

Inni uczestnicy imprezy zmierzają już na kolejny szczyt.

IMG_1687 a

A my robimy sobie przerwę.

IMG_1691 a

Widoczek ze szczytu. W tle Gjerdesdalsvatnet i Sandeidfjord.

IMG_1692 a

Czas się zbierać.

IMG_1693 a

W drodze na Brennesteg.

IMG_1695 a

Tymek rozgląda się za czerwonymi patyczkami.

IMG_1698 a

Mam parasol i nie zawaham się go użyc.

IMG_1699 a

Idziemy tam.

IMG_1704 a

Kolejny punkt programu można już odhaczyć.

IMG_1705 a

Parasol ze Spider-manem to podstawa w górskich wędrowkach.

Teraz trasa nie była już wymagająca. Nie było zupełnie płasko, ale wzniesienia były dość łagodne. Nadciągnęły za to chmury i wkrótce spowiła nas biel. Ponownie zaczęło mżyć i Tymek z radością mógł skorzystać ze swojego spider-manowego parasola. Weszliśmy na Brennestag (525m n.p.m.) bez problemów. Zaraz za szczytem, w miejscu, gdzie zaczynała się droga w dół ku Blikry, napotkaliśmy na grupkę ludzi rozdającą przekąski. Były to dwie rodziny z naszego osiedla. Skorzystaliśmy z kubka słodkiej oranżady a Tymek otrzymał parę ciastek i czekoladkę. Po upewnieniu się, że jesteśmy ostatni na trasie oni również zaczęli się zbierać. My poszliśmy pierwsi. Oni mieli pozostawiony kilkadziesiąt metrów dalej traktor, na który mogli załadować swoje pakunki.

Droga w dół była dość stroma. Tymek odzyskał już chyba na dobre swój nastrój i wciąż gadał jak najęty. Zanim dotarliśmy do Blikry, minął nas jadący z góry traktor naszych sąsiadów. W kabinie nie było wystarczająco miejsca, żeby wszystkich pomieścić, ale przewidzieli to wcześniej, montując z tyłu dodatkową, szeroką łyżkę do ładowania. Poczekaliśmy z Tymkiem aż przejadą i podążyliśmy za nimi w dół. Po dotarciu na parking do Blikry pozostało nam tylko dojście do parkingu na Vestvoll, który znajdował się nieopodal. Gdy Tymek usiadł już w samochodzie, pomogłem ściągnąć mu buty i skarpetki. Były calutkie przemoczone. Czułem, że moje buty również poległy w starciu z norweskimi górami. Początkowo powłoka impregantu dzielnie znosiła deszcz i kałuże ale ostatecznie przegrała w konfrontacji z mokrą trawą porastającą znaczną część trasy. Nie pierwszy raz zresztą.

IMG_1707 a

Droga w dół.

IMG_1709 a

Tutaj czekamy aż minie nas traktor.

IMG_1713 a

I już ”na dole”.

IMG_1720 a

W drodze do Vestvoll.

 

Na mapce poniżej nasza trasa powinna być zamkniętą pętlą ale zapomniałem uruchomić gps na początku marszu więc wygląda to jak wyglada.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *