Tymek zdobywa Krakkanuten

12 Paź

2015.10.11

Jesień w Norwegii to przeważnie długa, nieustająca pora deszczowa. Bywa, że jak już spadnie pierwszy deszcz to potrafi padać przez trzy miesiące. Tak dzień w dzień. Dlatego też pogodne dni są miłym urozmaiceniem i dobrze je wykorzystać na podładowanie baterii. Wypad w góry może być świetnym sposobem na wyciszenie, odpoczynek od codziennych obowiązków czy zwyczajne odstresowanie się. Kilka w miarę bezdeszczowych dni z rzędu i taka wycieczka nie zamieni się w walkę z błotem i grząskim gruntem, a i nie trzeba się zbyt wiele martwić się o stan butów.

Tej niedzieli, jako że zostałem w domu tylko z Tymkiem, postanowiłem zabrać go ze sobą i wybrać na tyle łatwy szlak, żeby mój prawie pięciolatek sobie poradził. Wymyśliłem, że Krakkanuten powinien być w sam raz. Zaledwie 454 metry nad poziomem morza, z czego sam start jest już na wysokości około 50 metrów.

Zastanawiałem się czy będą jakieś problemy z namówieniem mojej latorośli na taką wycieczkę i zacząłem oswajać go z tematem już dzień wcześniej. O dziwo nie napotkałem na protesty, więc w niedzielę w okolicach godziny 12 wyszliśmy z domu. Spakowałem plecak, wsiedliśmy do samochodu i podjechaliśmy na parking, który znajdował się jakieś pięć minut drogi od domu. Byliśmy gotowi.

Tymek ruszył przodem biegnąc po asfaltowym chodniku. Musiałem go przystopować, bo przegapił, ścieżkę prowadzącą w góry. Gdy już weszliśmy na szlak – szeroką nieutwardzoną drogę, biegnącą zakosami pod górę, znacznie zwolnił a nawet oznajmił już na samym początku, że się zmęczył i chce pić. Jak na złość picie, to była jedyna rzecz, jaką zapomniałem zabrać z domu. Wrzuciłem do plecaka jabłko, trochę słodyczy, papier toaletowy, apteczkę, czapkę i rękawiczki ale z uwagi na chłodny dzień jakoś nie pomyślałem o piciu. Miałem na szczęście mus owocowy, który zadowolił Tymka. Rozsiadł się więc wygodnie na ziemi i zaczął konsumować. Chyba dopiero teraz zacząłem uświadamiać sobie przed jakim wyzwaniem postawiłem swoją cierpliwość.

IMG_7423 a

Odpoczynek

IMG_7425 a

Widok na Vatsvatnet i Hovdę

Po skończonym posiłku ruszyliśmy dalej, jednak wciąż do moich uszu dochodziły narzekania typu: jestem zmęczony, chcę spać, itp. Dodam, że znajdowaliśmy się dopiero na początku trasy. Odwołałem się zatem do największych autorytetów, jakie obecnie zna mój synek, czyli do postaci Spider-Mana i Hulka. Zapytałem więc czy Spider-Man w połowie tworzenia sieci przerywa mówiąc, że jest zmęczony, albo czy Hulk niszcząc jakieś auto stwierdza, że nie będzie dalej niszczył bo się już zmęczył. Pomogło. Na chwilę. Wywołałem na buzi synka uśmiech i poprawiłem mu humor ale za jakiś czas zaczęło się znowu. Tym razem spytałem czy w przedszkolu na wycieczce też tak narzeka. Kolejna poprawa humoru i kolejne przebyte metry. Wyciągnąłem lizaka, co również poskutkowało na jakiś czas. Potem okazało, że lizak jest już niedobry.

Mój synek wymyślił że mogę go ciągnąć za rękę, a on będzie leżał sobie na ziemi. Nawet zademonstrował odpowiednią pozycję. Dobrze, że ubraliśmy się w rzeczy, z których łatwo zmyć wszelkie brudy.

Przyszła pora na moją ostateczną broń: mentosy. Mogłem porcjować je młodemu, przekupując do dalszej wędrówki. Mogłem zaszantażować go, że nie dostanie jak będzie narzekać. I pomogło. O dziwo, narzekania się skończyły, Tymek żwawiej ruszył do przodu, co jakiś tylko czas dopominając się kolejnej dawki słodyczy. Nawet wołania o picie urywały się, gdy w moim ręku pojawiał się kolejny mentos. Zastanawiałem się tylko co się stanie jak mentosy się skończą.

IMG_7431 a

Na drabince

IMG_7434 a

Z obowiązkowym językiem na wierzchu

Doszliśmy do miejsca, gdzie szeroka droga przekształca się w wąską, najeżoną kamieniami ścieżkę. Zdawałem sobie sprawę, że pokonywanie takiej drogi może być ciężkie dla krótkich nóżek pięciolatka i było co odmalowywało się na jego buźce. Pocieszałem go, że jak tylko wyjdziemy z lasu będzie szło się łatwiej. Nie wiem na ile moje przekonania do niego trafiały ale szedł dalej. Dwa razy jednak zatrzymywaliśmy się na odpoczynek. A kiedy wyszliśmy wreszcie na otwartą przestrzeń, wystarczyło obejrzeć się by ujrzeć całą dolinę jak na dłoni. Widzieliśmy małe domki w dole, farmy, pięknie rozlewające się dwa jeziora, przecięte zieloną wstęgą porośnietej trawą i drzewami ziemi. Mogliśmy podziwiać wznoszące się po przeciwległej stronie doliny góry i szczyty Bukkenibba, Steinslandnuten, Aksla, Vardafjell i Hovda a także inne, bardziej odległe. Widok był przepiękny. Nawet Tymek stanął jak wryty sycąc oczy tym obrazem.

IMG_7438 a

Droga E 134 a w tle Bukkenibba, Steinslandnuten i inne górki

IMG_7439 a

Aksla i Vardenfjell a poniżej dwa jeziorka: Vatsvatnet i Landavatnet

IMG_7443 a

Podziwiamy

IMG_7446 a

A tu szczerzymy zębiska

A potem stało się coś nieoczekiwanego. Mając już w zasięgu wzroku szczyt, na który zmierzaliśmy Tymek wystrzelił nagle do przodu, biegnąc po ścieżce. Ten sam dzieciak, który jeszcze chwilę temu słaniał się na nogach, teraz zasuwał, jak na wyścigach. A gdy docierał do jakiejś większej skały na ścieżce, wskakiwał na nią i przywierał do niej jak Spider-Man. Przystopowałem go trochę, zaniepokojony ewentualnymi konsekwencjami szalonego biegu.

Gdy ponownie stanęliśmy na chwilę by złapać oddech i popatrzeć na widoki, dostrzegliśmy dwójkę ludzi zmierzających naszymi śladami. Teraz, w razie gdyby zaszła taka potrzeba, mogłem użyć ich jako kolejnej broni w repertuarze zachęt do dalszego marszu. Wystarczyłoby powiedzieć, że nas zaraz prześcigną i pierwsi wejdą na szczyt, a zaraz ambicja małego człowieczka zrobiła by resztę.

Szliśmy dalej. Tymek przodem, ja za nim. Czasem biegł przez jakiś odcinek, czasem się zatrzymywał. Z zaskoczeniem obserwowałem, jak dobrze sobie radzi na ścieżce. Początkowo pokazywałem mu którędy iść gdy napotykaliśmy większą kałużę czy błoto na ścieżce, ale teraz już sam decydował gdzie stawiać stopy i musiałem przyznać, że decydował mądrze.

Dotarliśmy wreszcie na szczyt. Tymek szczęśliwy obejrzał z każdej strony kamienny kopiec zbudowany na miejscu. Zainteresował go przewrócony słup od stacji meteo, a potem głodny upomniał się o jabłko. Porobiłem kilka fotek podczas gdy on jadł. W międzyczasie dwójka starszych ludzi, którzy szła za nami dotarli na górę. Chwilę później doszły kolejne osoby, lecz pojawili się z przeciwnej strony. Kiedyś słyszałem o alternatywnej ścieżce na Krakkanuten, ale do tej pory jakoś mnie nie zainteresowała. Potem przyszła kolejna osoba, a gdy Tymek zarządził powrót do domu, po drodze minęliśmy jeszcze całą rodzinę dwa plus dwa.

IMG_7459 a

Mały zdobywca

IMG_7460 a

Nagroda na szczycie

IMG_7464 a

Widoczek ze szczytu

IMG_7468 a

”Być albo nie być…”

IMG_7469 a

I jeszcze parę pstryknięć aparatem

W drodze powrotnej znów musiałem hamować Tymka, bo leciał jak na złamanie karku. Moje wyjaśnienia dotarły dopiero kiedy pośliznął się na mokrym podłożu i zsunął się po zboczu jakieś półtora metra w dół. Upadek wystraszył i jego i mnie, na szczęście obeszło się bez uszkodzeń na ciele. Przepuściliśmy schodzących ze szczytu ludzi i powoli, tym razem trzymając się za ręce, ruszyliśmy w dół.

Moje kolano znów dało o sobie znać, nie na tyle jednak, aby uniemożliwić mi wędrówkę. Doszliśmy najpierw do pierwszych drzew a później do szerokiej drogi. Tymek odzyskał humor i szedł dużo raźniej, skacząc od czasu do czasu nad kępami trawy wyrastającymi na środku drogi. Tak doszliśmy do samochodu. Pozostało nam usadowić się w środku i pojechać do domu.

Myślę, że wycieczka bardzo nam się udała. Sam szlak, mimo że niezbyt wymagający dla małych, pięcioletnich prawie nóżek okazał się sporym wyzwaniem. Tymek jednak podołał temu wyzwaniu, w dużej mierze dzięki mentosowym wspomagaczom i uporowi swego rodziciela.

 

I na koniec profil trasy

krakk

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *