Dronningstien po raz drugi
Dronningstien. Queen Sonja’s Panoramic Hiking Trail. Albo po naszemu Szlak Królowej Sonji to miejsce niezwykłe. Moja pamiętna wycieczka z 2017 roku pozostawiła we mnie trwały ślad. I pragnienie, by jeszcze kiedyś tam powrócić. Do tego powrotu zbierałem się przez dwa ostatnie lata. Czasem wybierałem inne trasy, czasem nie było pogody, czasem akurat przebywałem w Polsce. Zdarzyło mi się zapomnieć gdy byłem w okolicy. A raz nawet byłem już w drodze, ale powstrzymała mnie awaria samochodu (na szczęście nie mojego).
W końcu jednak się doczekałem. Pogoda na weekend szykowała się całkiem przyzwoita (to znaczy bez deszczu) i mogłem spodziewać się przepięknej jesiennej atmosfery. Problemem mogło być jedynie to, że ten szlak znajduje się ponad 6 godzin jazdy, samo przejście go zajmuje cały dzień, a potem jeszcze powrót. Cóż, zawsze można pokusić się o nocleg gdzieś na szlaku. Spanie na wysokości 1000 metrów w środku października? Hmm, może następnym razem. To wiązałoby się z wnoszeniem całego biwakowego sprzętu na górę. Dostałem co prawda ofertę od znajomego na nocleg w ciepłym łóżeczku, ale… ją odrzuciłem. Uznałem, że spróbuję wrócić do domu jeszcze tego samego dnia, a w razie czego zawsze można się kimnąć w aucie.
Pozostało pytanie, o której zacząć wyprawę. A raczej o której wyruszyć z domu, żeby być na miejscu o jakiejś przyzwoitej porze. Cóż, to możecie sobie obliczyć, bo na miejsce dojechałem przed siódmą rano. Zaparkowałem w uroczym miasteczku Lofthus, zupełnie jak wtedy, gdy zaczynałem wędrówkę na Dronningstien po raz pierwszy. Na zewnątrz wciąż było ciemno. I trochę zimno. Uznałem, że pójdę w polarze ale prowizorycznie wpakowałem kurtkę do plecaka. Kto wie co mnie czeka tam na górze.
Szlak Królowej Sonji zaczyna się dopiero na płaskowyżu, jakieś 1000 metrów nad poziomem morza. Żeby się do niego dostać, trzeba najpierw się wdrapać na tę wysokość. Cóż, nie miałem zamiaru się obijać. Zarzuciłem plecak na ramiona i ruszyłem. Asfaltowa droga pod górę wiodła najpierw wśród zabudowań Loftfus, a potem gospodarstw i sadów owocowych. Rejon Hardanger słynie z uprawy jabłek i innych owoców. Sady owocowe nie są tu wiec niczym nadzwyczajnym. Na wielu drzewach wciąż jeszcze widziałem zwisające owoce, przeważnie jabłka.
Wspinałem się coraz wyżej, aż pozostawiłem za sobą ostatnie zabudowania i ostatnie sady owocowe a asfaltowa droga została zastąpiona zwykłą, szutrową. Trasa biegła szerokimi zakosami na porośniętym drzewami zboczu. Niebo przejaśniało się.
Pierwszą atrakcją, poza towarzyszącym mi widokiem okolicznych gór oraz Sørfjordu w dole był górujący nad Lofthus wodospad Skrikjofossen. Tego dnia nie wyglądał może tak spektakularnie jak go zapamiętałem, ale i tak robił wrażenie. Jego widok miał mi towarzyszyć jeszcze dłuższą chwilę. Następnie natrafiłem na Munketreppene. Nazwa ta oznacza Schody Mnichów, choć właściwie nie wiadomo, czy kamienne płyty ułożone na zboczu zostały faktycznie ułożone przez mnichów ze starego klasztoru w Oppedal. Możliwe, że położyli je sami rolnicy, ułatwiając zwierzętom wejście / zejście z pastwisk położonych na płaskowyżu Hardangervidda. Jakkolwiek było, stopnie nieco ułatwiają wędrówkę. Choć zapewne przy deszczowej pogodzie kamienie mogą być śliskie (nie wspominając o warstwie lodu, kiedy temperatura spadnie).
Szedłem pod górę, a drzewa wokół rosły coraz rzadziej. Coraz częściej mogłem podziwiać krajobraz: oprószone śniegiem, być może po raz pierwszy tej jesieni, góry po przeciwnej stronie Sørfjordu, odbicie tych gór w zwierciadle wody, wznoszące się nade mną zbocze, przypominajace mi jak wysoko jeszcze muszę się wspiąć. Gdzieś przed sobą dojrzałem zarys Nosi, formacji skalnej wystającej ponad krawędź stromego urwiska. Punkt widokowy, którego nie zamierzałem przegapić. Ścieżka, wyłożona wciąż kamiennymi płytami lub stopniami prowadziła w tamtym kierunku.
W końcu zbliżyłem się do tego miejsca. Na Nosi prowadziła boczna ścieżka, odchodząca od głównego szlaku. Jeśli ktoś nie jest do końca przekonany, to zapewniam, że warto. Spacer tam i z powrotem to zaledwie kilka minut plus kolejnych kilka na samym punkcie widokowym. A jak ma się jeszcze drona pod ręką…
Nacieszyłem się widokami i wróciłem na główny szlak. Pokonywałem kolejne stopnie. Delektowałem się każdym kolejnym krokiem. Nawet jeszcze nie dotarłem na początek głównej trasy, a już cieszyłem się jak dziecko na gwiazdkę. Ta wspinaczka dawała mi tyle radości, że nie odczuwałem zmęczenia. W którymś momencie, napotkałem na lód. Część stopni pokrywała warstwa lodu, teren wokół był zmrożony i musiałem wyszukiwać miejsc na postawienie kolejnego kroku. Miniona noc musiała być tuta naprawdę zimna.
I wreszcie dotarłem na płaskowyż. I na znak informujący o szlaku Dronningstien. Wskazywał na północ, choć zaskoczyło mnie , że jedna odnoga prowadzi też na wschód. Kusiło mnie, żeby sprawdzić, ale to by oznaczało, że odpuszczę główny szlak, dla którego tu przyjechałem. Cóż, będzie pretekst, żeby tu jeszcze wrócić i spenetrować tę nową trasę. Ruszyłem przed siebie, na północ, w kierunku Kinsarvik. Szlak dopiero się rozpoczynał, a ja miałem już w nogach ponad 7 km (i jakieś 3 godziny i 40 minut marszu).
Tu, na płaskowyżu Hardangervidda, mijałem zamarznięte kałuże i kilka jeziorek, pokrytych warstwą lodu. Wyglądało na to, że zima jest tuż za rogiem. Jeszcze przez jakiś czas towarzyszył mi widok wodospadu Skrikjofossen (jeśli obejrzałem się za siebie). Za to widok na zbocza gór po zachodniej stronie Sørfjordu towarzyszyły mi właściwie przez cały czas. Szlak prowadził wąską ścieżką bądź bezpośrednio po nagiej skale. Tylko gdzieniegdzie napotykałem na lód. W większości trasa była sucha i całkowicie bezpieczna. Drogę wyznaczały oznaczenia wymalowane niebieska farbą na skałach lub kamieniach. Niektóre przybierały kształt litery D.
Kolejnym punktem na trasie był szczyt Oksli, najwyższe miejsce Dronningstien (1107m n.p.m.). Duża kamienna wieża i widok na fiord, okolicę i góry czyniły to miejsce idealny punktem na przerwę. Moja polegała głównie na cykaniu fotek i lataniu dronem. Chwilę wcześniej minąłem kilka osób zmierzających w przeciwną stronę. Musieli zacząć z Kinsarvik równie wcześnie. Po minięciu Oksli, trasa wiedzie już tylko w dół.
Ta druga połowa szlaku to wciąż zapierające dech widoki. Nie mogłem dostrzec już Skrikjofossen za plecami, ale przede mną zarysował się szczyt Oksen, położony na północy, na przedłużeniu Sørfjordu. Teraz także napotykałem coraz więcej ludzi. Wszyscy zmierzali z Kinsarvik do Lofthus. Wyglądało na to że po raz kolejny robię coś na odwrót i pod prąd. No, ale przynajmniej nikt nie deptał mi po piętach.
Zrobiłem sobie krótką przerwę na kolejnym punkcie widokowym. Trzeba było nieco odbić od głównego szlaku, ale i tu warto to zrobić, bo miejscówka jest naprawdę super. Zjadłem co nieco i mogłem iść dalej. Napotkałem potem na kolejny drogowskaz kierujący do następnego punktu widokowego. Ta ścieżka była dłuższa, była bardziej mokra i chyba skręciłem nie tam gdzie trzeba. Wróciłem więc na główny szlak i chwilę potem stałem przy słupie oznaczającym koniec trasy (lub początek, dla tych idących w przeciwnym kierunku).
Zastanawiałem się jeszcze przez chwilę czy schodzić do Kinsarvik a następnie drogą 13 dojść do Lofthus (jak zrobiłem ostatnim razem), czy zawrócić i przejść całą trasę jeszcze raz, w przeciwną stronę. Perspektywa wspinaczki (przynajmniej do Oksli) przesądziła sprawę. Byłem już chyba zmęczony i nie uśmiechało mi się mozolne podchodzenie pod górę. Poza tym, pewnie ten wariant zabrałby więcej czasu. Postanowiłem więc wybrać opcję nr 1 i zejść na dół już teraz.
Szeroka, szutrowa droga prowadziła zakosami na parking, gdzieś na wysokości 300m n.p.m. A więc ci wszyscy ludzie nie startowali z poziomu zero, jak ja. Amatorzy. Znalazłem na mapie alternatywną trasę, która z parkingu szła poziomo, równolegle do drogi 13 i kończyła się gdzieś w lesie nad nią. Ale w paru miejscach odchodziły od niej w dół ścieżki, łączące się z 13-ką w dole. Uznałem, że w ten sposób zaoszczędzę nieco czasu i drogi. Trochę się pomyliłem, bo nie każda z tych ścieżek na mapie istniała w rzeczywistości. Ostatecznie jednak jedna doprowadziła mnie tam, gdzie chciałem, przez gospodarstwo rolne do drogi. Pozostało mi już tylko iść na południe, po płaskiej, asfaltowej drodze. Niestety ta droga nie posiada chodnika dla pieszych, a taki spacer tuż przy przejeżdżających obok autach może być trochę stresujący. Na szczęście w sobotnie późne popołudnie w połowie października ruch jest tam niewielki.
Trochę zabrało mi przejście tego ostatniego odcinka, ale w końcu udało mi się dojść do Lofthus i do swojego samochodu. Przebrałem się, zjadłem co nieco i ruszyłem w drogę. Miałem przed sobą w końcu ponad 6 godzin drogi.
Dronningstien. Or Queen Sonja’s Panoramic Hiking Trail. It is an extraordinary place. My memorable trip from 2017 left a lasting impression on me. And a longing to return there someday. I’d been planning to do so for the past two years. Sometimes I’d choose different routes, sometimes the weather wasn’t good, sometimes I happened to be in Poland. Sometimes I’d forget while I was in the area. And once, I was even on my way, but a car breakdown (fortunately, not mine) stopped me.
Finally, I made it. The weather for the weekend was looking quite decent (meaning no rain), and I could expect a beautiful autumn atmosphere. The only problem was that this trail is over a six-hour drive, taking a whole day to hike, and then drive back again. Well, you could always try to spend the night somewhere along the trail. Sleeping at 1,000 meters in the middle of October? Hmm, maybe next time. That would mean lugging all my camping gear up the mountain. I did get an offer from a friend to stay overnight in a warm bedjust an one-hour-drive from the trail, but… I turned it down. I decided I’d try to get home the same day, and if necessary, I could always take a nap in the car.
The question remained: what time to start the hike? Or rather, what time to leave home to arrive at a decent hour. Well, you can figure that out, because I arrived before seven in the morning. I parked in the charming town of Lofthus, just like when I started hiking Dronningstien first time. It was still dark outside. And a bit cold. I decided to wear a fleece jacket, but I stuffed ordinary jacket into my backpack just in casse. Who knows what awaits me up there.
The Queen Sonja’s Trail begins on a plateau, about 1,000 meters above sea level. To reach it, you first have to climb to that altitude. Well, I wasn’t about to slack off. I slung my backpack over my shoulders and set off. The asphalt road uphill led first past the buildings of Lofthus, then farms and orchards. The Hardanger region is famous for growing apples and other fruits. Fruit orchards are therefore not uncommon here. I could still see fruit hanging from many trees, mostly apples.
I climbed higher and higher until I left the last buildings and orchards behind, and the asphalt road was replaced by a regular gravel road. The route wound in wide zigzags along the tree-covered slope. The sky was clearing.
The first attraction, besides the view of the surrounding mountains and the Sørfjord below, was the Skrikjofossen waterfall, towering over Lofthus. It might not have looked as spectacular that day as I remembered, but it was still impressive. The sight would stay with me for a while. Then I came across Munketreppene. The name means Monks’ Steps, although it’s unclear whether the stone slabs laid on the slope were actually placed by monks from the old monastery in Oppedal. It’s possible they were placed by farmers themselves, making it easier for animals to climb up and down the pastures on the Hardangervidda plateau. Whatever the case, the steps make the hike a bit easier. Although the stones can undoubtedly be slippery in wet weather conditions (not to mention a layer of ice when the temperature drops).
I walked uphill, and the trees around me grew sparser. I could admire the landscape more and more often: the mountains on the opposite side of the Sørfjord, dusted with snow, perhaps for the first time this autumn, their reflection in the water, the slope rising above me, reminding me how far I still had to climb. Somewhere ahead, I saw the outline of Nosi, a rock formation jutting out over the edge of a steep cliff. A viewpoint I didn’t intend to miss. A path, still paved with stone slabs and steps, led in that direction.
Finally, I approached the spot. A side path led to Nosi, branching off the main trail. If anyone’s not entirely convinced, I assure you, it’s worth it. The walk there and back only took a few minutes, plus another few at the viewpoint itself. And if you have a drone with you…
I enjoyed the views and returned to the main trail. I climbed more steps. I savored every step. I hadn’t even reached the beginning of the main trail yet, and I was already as happy as a child at Christmas. This climb was giving me so much joy that I didn’t feel tired. At one point, I encountered ice. Some of the steps were covered with a layer of ice, the surrounding terrain was frozen, and I had to search for a place to take my next step. The night must have been really cold here.
And finally, I reached the plateau. And a sign announcing the Dronningstien trail. It pointed north, though I was surprised to find a branch leading east. I was tempted to check it out, but that would mean abandoning the main trail I’d come for. Oh well, it would be an excuse to come back and explore this new route. I set off, north, towards Kinsarvik. The trail was just beginning, and I had already covered over 7 km (3 hours and 40 minutes of walking).
Here on the Hardangervidda plateau, I passed frozen puddles and several lakes covered in a layer of ice. It seemed winter was just around the corner. For a while longer, I was surrounded by the sight of Skrikjofossen waterfall (if I looked back). However, the views of the mountain slopes on the western side of the Sørfjord were practically constant. The trail followed a narrow path or directly over bare rock. I only encountered ice here and there. Most of the route was dry and completely safe. The route was marked with blue markers painted on rocks and stones. Some were shaped like the letter D.
The next stop on the route was the summit of Oksli, the highest point of Dronningstien (1107m above sea level). The large stone tower and the view of the fjord, surrounding area, and mountains made this the perfect place for a break. My hike consisted mainly of snapping photos and flying my drone. Just before that, I had passed a few people heading in the opposite direction. They must have started from Kinsarvik just as early as me. After passing Oksla, the trail only leads downhill.
This second half of the trail continued to offer breathtaking views. I could no longer see Skrikjofossen behind me, but the Oksen peak loomed ahead, located to the north, on an extension of the Sørfjord. Now I was encountering more and more people. Everyone was heading from Kinsarvik to Lofthus. It seemed I was once again doing something backward and against the current. But at least no one was following me.
I took a short break at the next viewpoint. It required a slight detour from the main trail, but it was worth it, as the spot is truly magnificent. I grabbed a bite to eat and continued on. Then I came across another signpost pointing to the next viewpoint. This path was longer, wetter, and I guess I’d taken a wrong turn. So I returned to the main trail and a moment later stood at the post marked as the end of the trail (or the beginning, for those going in the opposite direction).
I debated for a moment whether to descend to Kinsarvik and then take Route 13 to Lofthus (as I did last time), or turn around and hike the entire route again in the opposite direction. The prospect of climbing (at least to Oksla) decided the matter. I was probably already tired and wasn’t looking forward to it. Besides, this option would probably take more time. So I decided to choose option number 1 and descend now.
A wide, gravel road zigzagged to a parking lot, some 300 meters above sea level. So all these people weren’t starting from ground zero like me. Amateurs. I found an alternative route on the map, which ran parallel to Route 13 from the parking lot and ended somewhere in the forest above it. But in a few places, paths branched off, connecting with Route 13 below. I figured this would save me some time and distance. I was a bit mistaken, as not all of these paths on the map actually existed. Ultimately, however, one led me where I wanted to go, through a farm, down to the road. All that was left was to walk south on a flat, paved road. Unfortunately, this road doesn’t have a sidewalk, and walking so close to passing cars can be a bit stressful. Fortunately, on a late Saturday afternoon in mid-October, there’s little traffic.
It took me a while to complete this last stretch, but I finally made it to Lofthus and back to my car. I changed, ate something, and hit the road. After all, I had over six hours of driving ahead of me.


























































