górskie wyprawy

Grimaren & Roydalsnuten

Pogoda na weekend zapowiadała się raczej średnio. W wielu miejscach, do których mnie ciągnęło miało padać, a w tych pozostałych zapowiadano chmury i silny wiatr. Raczej nie było można spodziewać się czegoś rewelacyjnego. Co nie znaczy, że nie warto spróbować. Przewertowałem mapy w poszukiwaniu jakichś nowych tras i porównywałem te miejsca z prognozami pogody. Im bliżej stolicy, tym bardziej pewną i stabilniejszą zapowiadali pogodę. Ale wiadomo jak z tymi prognozami. Nie do końca można im ufać (a najlepiej wcale). Ostatecznie postanowiłem wybrać się w zachodnią część pasma Lifjell, blisko miasteczka Seljord i wejść na dwa szczyty: Grimaren (1169m n.p.m.) oraz Røydalsnuten (1291m n.p.m.).

Close
Wyznaczanie trasy
pokaż opcje ukryj opcje
Print Reset
Pobieranie wskazówek...
Close
Find Nearby Zapisz położenie znacznika Wyznaczanie trasy

Tym razem postanowiłem się nie śpieszyć i nie zrywać skoro świt z łóżka. Lifjell aż tak daleko nie jest i choć i tak miałem do przejechania 3 godziny, to miała to być dość krótka i łatwa wycieczka. Nie było sensu, żeby startować tak wcześnie. A mimo to do Seljord dojechałem gdzieś w okolicach ósmej rano. Zgodnie z instrukcjami nawigacji, odbiłem w boczną drogę, która zaprowadziła mnie na parking Grimås. Dojazd jest płatny, ale 80 koron to jeszcze nie jest wygórowana cena. Zaparkowałem obok stojących już tam aut. Było ich całkiem sporo. Podejrzewałem, że większość osób spędza w okolicy noc w okolicznych chatkach. Doświadczenie nauczyło mnie, że ósma rano to dla Norwegów zazwyczaj za wcześnie by zaczynać wędrówki po górach.

Zmieniłem buty, zarzuciłem plecak na ramiona i ruszyłem na szlak. Ten okazał się dobrze oznaczony. Rzeczywiście co jakiś czas mijałem domki wypoczynkowe, ale nikt się przy żadnym nie kręcił. Widocznie gdzieś były jeszcze jakieś inne, lub ludzie po prostu jeszcze spali. Był w końcu weekend.

Krajobraz od początku mi się spodobał. Skalisty, zalesiony obszar z rysującymi się wokół wzniesieniami. W oddali majaczył zwalisty kształt Skorve. Na niebie kłębiły się chmury ale według prognozy nie powinienem obawiać się deszczu. Szło mi się dobrze, choć z jakiegoś powodu dokuczały mi głowa i lewa stopa. Na szczęście nie na tyle, żeby przeszkadzało mi to jakoś szczególnie. Gdy wyszedłem na otwartą przestrzeń dopadł mnie wiatr, wtedy jeszcze nie aż tak silny.

Szedłem dalej aż dotarłem do rozwidlenia szlaków, drugiego w zasadzie. Pierwsze, jeszcze w lesie odseparowywało moją trasę od głównego szlaku, zmierzającego do Hollane, starej farmy w samym sercu masywu Lifjell. To drugie kierowało albo na szczyt Grimaren, albo prowadziło dalej, ku górze Røydalsnuten. Skręciłem by zajść najpierw na ten pierwszy punkt. Trasa była całkiem przyjemna i nie wymagająca. Na miejscu znalazłem się niedługo potem. Szczyt był płaski i bez wyraźnego wierzchołka, choć umieszczono na nim charakterystyczny kopiec kamieni. Pocykałem fotki, polatałem dronem, choć przy wietrze było to trochę bezcelowe. I ruszyłem z powrotem na główny szlak.

Gdy się na nim znalazłem, skierowałem się na wschód w kierunku kolejnego z moich celów. Nie uruchomiłem zawczasu aplikacji ut.no i teraz, nie mając zasięgu w telefonie, była ona bezużyteczna. Nie mogłem więc sprawdzić jak daleko znajduje się ten szczyt. Szedłem więc przed siebie, kierowany dobrze utrzymaną ścieżką. Wiatr hulał dookoła. Ból stopy, a dokładniej pięty nie ustępował, pod czaszką łomotało. Ale nie było mowy o odwrocie. Parłem naprzód. Mijałem kolejne jeziorka i coraz to wyższe wzniesienia wokół. Apka w komórce nie działała, wiec nie miałem jak sprawdzić ile jeszcze przede mną. A wiało coraz mocniej. Niebo całkowicie pokryły chmury.

Wreszcie dotarłem na Røydalsnuten. Przyznam, że widoki mogłyby być ciekawsze niż na Grimaren. Mogłyby, gdyby nie wiatr. Tutaj, na samym wierzchołku, gdzie nie było już żadnych terenowych przeszkód, musiałem pilnować się na każdym kroku, by nie upaść bo niewidzialna siła pchała mnie z taką siłą, że nietrudno było polecieć na skalisty grunt. Zamiast więc podziwiać widoki, próbowałem przeciwstawić się sile wiatru. Cyknąłem w pośpiechu kilka fotek i skierowałem się w dół, ścieżką po przeciwnej, stronie wierzchołka. Pierwotne to tędy planowałem zejść i wrócić nieco inną trasą. Na internetowej mapie wiodła tutaj ścieżka w dół i łączyła się ze szlakiem wiodącym do Hollane. Liczyłem, że tak właśnie wrócę. Ale chyba coś poszło nie tak, bo wkrótce straciłem tę ścieżkę z oczu. Dojrzałem co prawda inną, w dole ale wydawała się zbyt blisko niż ta, którą zamierzałem iść. Biegła jednak ona w pożądanym przeze mnie kierunku, nie było więc powodów do narzekań.

Dotarłem do owej ścieżki i skierowałem się na zachód, w drogę powrotną. Nie był to oficjalny szlak, to pewne, ścieżka zanikała co chwila, by potem odnaleźć się, gdy już traciłem nadzieję na powtórne jej ujrzenie. Przez jakiś czas podążałem jej biegiem, lub w kierunku w jakim zmierzała aż w końcu dotarłem do szlaku, którym szedłem wcześniej, tym, który zaprowadził mnie na szczyt Røydalsnuten. Teraz wystarczyło już tylko pilnować tej ścieżki.

Parę chwil później za moimi plecami pojawiła się trójka wędrowców. Zmaterializowała się zupełnie znikąd, nie dostrzegłem ich wcześniej a wydawało się, że idą z tego samego kierunku co ja. Dziwne. Pozwoliłem im się wyprzedzić i podążyłem ich śladem. Zmierzali na Grimaren. Przez jakiś czas podążałem za nimi, potem jednak odbiłem na główny szlak i zacząłem schodzić w kierunku Grimås. Po drodze minąłem kolejną grupkę, tym razem rodzinę dwa plus dwa.

Dotarłem do linii drzew i pozostało mi tylko zejście tą samą trasą, którą się wcześniej wspinałem. Pośród drzew i sporadycznych widoków. Dotarłem do samochodu. Przebrałem się szybko, uruchomiłem silnik i mogłem wracać do domu.

The weather for the weekend wasn’t looking good. Many of the places I was drawn to were predicted to rain, while the others were predicted to be cloudy and windy. It wasn’t exactly what I expected. That doesn’t mean it wasn’t worth a try. I scoured maps for new routes and compared them with the weather forecasts. The closer I got to the capital, the more reliable and stable the forecasts were. But you know how these forecasts are. You can’t fully trust them (or at least not at all). Ultimately, I decided to head to the western part of the Lifjell Mountains, near the town of Seljord, and climb two peaks: Grimaren (1169m asl) and Røydalsnuten (1291m asl).

This time, I decided to take my time and not jump out of bed at dawn. Lifjell isn’t that far, and although I still had three hours to drive, it was supposed to be a relatively short and easy hike. There was no point in starting so early. Yet, I arrived in Seljord around eight in the morning. Following the navigation instructions, I turned onto a side road that led me to the Grimås parking lot. There’s a toll, but 80 kroner isn’t a steep price. I parked next to the cars already parked there. There were quite a few of them. I suspected most people were spending the night in the nearby cabins. Experience had taught me that eight in the morning is usually too early for Norwegians to start hiking in the mountains.

I changed my shoes, slung my backpack over my shoulders, and set off on the trail. It turned out to be well-marked. I did pass a few cabins every now and then, but no one was around. Apparently, there were others somewhere else, or people were simply still sleeping. It was the weekend, after all.

I liked the landscape from the start. A rocky, forested area with hills silhouetted around it. In the distance loomed the massive shape of Skorve. Clouds were swirling in the sky, but according to the forecast, I shouldn’t worry about rain. I was making good progress, although for some reason my head and left foot were bothering me. Fortunately, it wasn’t enough to bother me too much. When I emerged into the open air, the wind caught me, not quite as strong at the time.

I continued walking until I reached a fork in the trail, a second one, actually. The first, still in the forest, separated my route from the main trail leading to Hollane, an old farm in the heart of the Lifjell massif. The second led either to the summit of Grimaren or continued on to Røydalsnuten. I turned to reach the first point first. The route was quite pleasant and not demanding. I arrived shortly thereafter. The summit was flat and without a distinct peak, though it did feature a distinctive mound of stones. I snapped photos and flew my drone, though the wind made it a bit pointless. And then I headed back to the main trail.

Once there, I headed east toward my next destination. I hadn’t launched the ut.no app beforehand, and now, with no signal on my phone, it was useless. So I couldn’t check how far the summit was. I continued going forward, guided by the well-maintained path. The wind howled all around. The pain in my foot, or more precisely, my heel, persisted, and my skull pounded. But there was no turning back. I pressed on. I passed more lakes and ever higher hills. My phone app wasn’t working, so I had no way of knowing how far I still had to go. And the wind was getting stronger. The sky was completely covered in clouds.

Finally, I reached Røydalsnuten. I admit, the views could have been more impressive than on Grimaren. They could have been, if it weren’t for the wind. Here, at the very summit, where there were no more terrain obstacles, I had to be careful not to fall, as an invisible force was pushing me with such force that it was easy to fall onto the rocky ground. So instead of admiring the views, I tried to defy the wind. I quickly snapped a few photos and headed down the path on the opposite side of the peak. I’d originally planned to descend this way and return by a slightly different route. The online map showed a path leading down here and connecting with the trail leading to Hollane. I was hoping to return that way. But something must have gone wrong, because I soon lost sight of that path. I did spot another one further down, but it seemed too close than the one I intended to take. However, it ran in the direction I wanted, so there was no reason to complain. I reached the path and headed west, back. It wasn’t an official trail, that’s for sure; the path kept disappearing, only to find its way back when I was losing hope of seeing it again. For a while, I followed its course, or in the direction it was heading, until I finally reached the trail I’d been on before, the one that had led me to the summit of Røydalsnuten. Now all I had to do was keep an eye on that path.

A few moments later, three hikers appeared behind me. They had materialized out of nowhere; I hadn’t noticed them before, but they seemed to be coming from the same direction as me. Strange. I let them pass me and followed their trail. They were heading to Grimaren. I followed them for a while, but then I turned back onto the main trail and began descending towards Grimås. Along the way, I passed another group, this time a family of two plus two.

I reached the treeline and had no choice but to descend the same route I’d climbed. Through the trees and the occasional view, I made it to my car. I quickly changed, started the engine, and was ready to head home.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *