Wizyta w Hemsedal i szczyt Kyrkjebønøse
Hemsedal, kraina tysiąca szczytów. No dobra, tysiąc to może przesada, ale jest tam sporo fajnych górek, a na parę już udało mi się wleźć. I zawsze fajnie tam wracać po więcej. Tym razem ciężko mi było się zdecydować, na którą się wybrać, ale ostatecznie wybrałem Kyrkjebønøse, szczyt liczący 1671m n.p.m. Pogoda na weekend zapowiadała się raczej średnio, ale w przynajmniej w sobotę w Hemsedal miało nie padać, a i mogłem liczyć na odrobinę słońca. Przynajmniej tak podawały prognozy pogody. Tak, te same, na których już nie raz się zawiodłem.
Znowuż więc trzeba było wstać wcześnie i telepać się autem prawie cztery godziny, żeby dotrzeć na miejsce o porze, kiedy normalni ludzie nie myślą jeszcze o żadnych górach. Ale w ten sposób miałem cały szlak dla siebie. Odnalazłem nieduży parking z tablicą informacyjną na temat szlaku, zmieniłem buty i ruszyłem. Droga prowadziła początkowo przez żwirownię by potem wejść w las. Zanim jednak zagłębiłem się pomiędzy drzewa, zaciekawiła mnie jedna boczna ścieżka. A gdy poszedłem sprawdzić dokąd prowadzi, natrafiłem na wodospad. I to nie byle jaki. Co prawda nie znalazłem na mapie jego nazwy, ale w jesiennej aurze prezentował się naprawdę pięknie. Pogratulowałem sobie swojej ciekawości, pocykałem fotki i wróciłem na główny szlak.
Główny szlak okazał się, zgodnie zresztą z przewidywaniami dość stromy. Już po paru minutach lało się ze mnie i żałowałem, że nie zdecydowałem się na krótkie spodenki. Cóż było jednak robić. Jak się idzie w góry, to zazwyczaj trzeba iść pod górkę. Po jakimś czasie dotarłem do granicy lasu i wyszedłem na otwartą przestrzeń. I zaraz pochwaliłem się za długie spodnie. Musiałem też wyciągnąć bluzę z plecaka, bo wiało tak, że od razu zrobiło się zimniej. Do szczytu pozostawał jeszcze kawałek drogi i wkrótce przekonałem się, dlaczego ten szlak oznaczono kolorem czarnym. Cóż, był dość długi, a momentami nawet stromy.
Poza tym wiało i było zimno. Te zapowiadane 14 stopni to musiała być jakaś podpucha, żebym zdecydował się ruszyć tyłek z domu. A wspominałem, że miało być też słońce? Tak, było, ale tylko przez pierwsze pół godziny marszu, gdy jeszcze szedłem w lesie, a to i tak w większości schowane za chmurami. I jak tu wierzyć ludziom.
No dobra, było zimno i wiało. Było pochmurno. A ja oczywiście nie wziąłem żadnej kurtki, czapki czy rękawiczek. No bo po co? A teraz by się przydały bo i uszy i paluchy marzły. Ok, miałem czapkę w plecaku, taką bejzbolówkę, z daszkiem. Na uszy jej nie naciągnę ale lepsze to niż nic. Nauczka na przyszłość. Zawsze noś czapkę i rękawiczki w plecaku.
Kyrkjebønøse ma dwa wierzchołki i rozważałem, żeby dojść na pierwszy z nich i zawrócić, bo po co sie tak męczyć. A na drugim i tak pewnie widok będzie podobny. Taki więc miałem plan. Wspinałem się, marzłem ale pomału posuwałem się naprzód. Nieoczekiwanie pierwszy z wierzchołków pojawił się przede mną wcześniej niż się spodziewałem. Niewielki kopiec z kamieni ze skrzynką i notesem w środku. Widoki może nie rewelacyjne ale całkiem całkiem. Uznałem, że czuję się dosyć dobrze i mogę przejść jeszcze kawałek. Więc nie zawróciłem. Wsunąłem dłonie pod pachy, żeby je trochę ogrzać i ruszyłem dalej. Drugi szczyt, znacznie wyższy wznosił się dalej na północy, a do przejścia miałem kamienistą równinę. Ścieżka nie była tu już tak widoczna jak dotychczas i często z niej schodziłem, by po jakimś czasie na nią przypadkowo natrafić. Szczyt wydawał się daleko, ale że maszerowałem po w miarę płaskim terenie, myśli o zawróceniu gdzieś się ulotniły. Dopiero gdy się zbliżyłem do wierzchołka, zrobiło się stromo i znów trzeba było się trochę powspinać.
Na górze okazało się, że warto było powłóczyć się nieco dalej niż na pierwszy szczyt. Widoki były o niebo lepsze. Góra kończyła się urwiskiem opadającym niemal pionowo w dół od wschodniej strony. Nie mogłem się oprzeć, żeby polatać trochę dronem, mimo, że palce zdrętwiały z zimna.
A potem spakowałem graty i ruszyłem w drogę powrotną. Gdzieś pomiędzy wierzchołkami napotkałem kobietę, która… biegła w kierunku szczytu. Niektórzy ludzie mają nie po kolei w głowie. Potem, na pierwszym szczycie napotkałem grupkę kolejnych tubylców, tym razem już bardziej normalnych, poubieranych nawet przyzwoiciej ode mnie, w kurtki. Jeśli myślałem, że potem będę miał znów cały szlak dla siebie, to był to błąd. Co jakiś czas napotykałem na ścieżce kolejnych wędrowców. I cieszyłem się, że udało mi się dojechać do Hemsedal tak wcześnie i chociaż w jedną stronę przejść nie napotykając żywej duszy.
Zszedłem na parking, przebrałem się i ruszyłem w drogę powrotną do domu. W samą porę zresztą, bo chwilę potem zaczęło padać. Ci od prognozy po raz kolejny się nie popisali.
Hemsedal, the land of a thousand peaks. Okay, a thousand might be an exaggeration, but there are a lot of nice hills there, and I’ve already hiked to a few. And it’s always nice to come back for more. This time, it was hard to decide which one to go, but I ultimately chose Kyrkjebønøse, a peak at 1,671 meters above sea level. The weather for the weekend wasn’t looking perfect, but at least on Saturday, there wasn’t supposed to be any rain in Hemsedal, and I could even count on a bit of sunshine. At least that’s what the weather forecast said. Yes, the same ones that have disappointed me more than once.
So again, I had to wake up early and drive for almost four hours to get there at a time when normal people aren’t thinking about mountains yet. But this way, I had the entire trail to myself. I found a small parking lot with an information board about the trail, changed my shoes, and set off. The road led initially through a gravel pit before entering the forest. Before I ventured deeper into the trees, however, a side path caught my attention. And when I went to check where it led, I came across a waterfall. And not just any waterfall. Admittedly, I didn’t find its name on the map, but in the autumnal weather, it looked truly beautiful. I congratulated myself on my curiosity, snapped some photos, and returned to the main trail.
The main trail turned out to be, as expected, quite steep. After just a few minutes, I was pouring, and I regretted not having chosen shorts. But what could I do? When you go to the mountains, you usually have to go uphill. After a while, I reached the edge of the forest and emerged into an open space. And I immediately boasted about my long pants. I also had to take a sweatshirt out of my backpack because the wind was so strong that it got colder. There was still a long way to the summit, and I soon realized why this trail was marked in black. Well, it was quite long, and even steep at times.
Besides, it was windy and cold. Those forecasted 14 degrees Celsius must have been a fluke to make me decide to leave the house. Did I mention there was supposed to be sun? Yes, there was, but only for the first half hour of walking, while I was still in the forest, and even then it was mostly hidden behind clouds. And how can you trust people? Okay, it was cold and windy. It was cloudy. And of course, I didn’t bring any jacket, hat, or gloves. Why would I? And now they would be useful because my ears and fingers were freezing. Okay, I had something in my backpack, a baseball cap. I can’t pull it over my ears, but it’s better than nothing. Lesson learned: Always have a hat and gloves in the backpack.
Kyrkjebønøse mountain has two peaks, and I considered reaching the first one and turning back, because of cold? And the view on the second one would probably be similar anyway. So that was my plan. I climbed, freezing, but slowly made progress. Suddenly, the first peak appeared before me sooner than expected. A small cairn of stones with a box and notebook inside. The views weren’t spectacular, but quite adequate. I decided I felt good enough to continue a bit further. So I didn’t turn back. I tucked my hands under my armpits for warmth and continued on. The second peak, much higher, rose further to the north, and I had a rocky plain to cross. The path wasn’t as visible here as before, and I often left it, only to stumble upon it by accident after a while. The summit seemed far away, but since I was walking on relatively flat ground, thoughts of turning back vanished. Only when I approached the summit did the terrain become steeper, and I had to climb again.
At the top, it turned out to be worth the trek a little further than the first peak. The views were infinitely better. The mountain ended in a cliff that dropped almost vertically down from the east. I couldn’t resist flying the drone for a bit, even though my fingers were numb from the cold.
Then I packed up my gear and set off on my return journey. Somewhere between the peaks, I encountered a woman… running towards the summit. Some people are just crazy. Then, on the first peak, I encountered another group of locals, this time more normal, dressed even more decently than me, in jackets. If I thought I’d have the whole trail to myself after that, I was mistaken. Every now and then, I encountered other hikers on the path. And I was glad I’d managed to reach Hemsedal so early and make at least one trip without encountering a soul.
I went down to the parking lot, changed, and started back home. Just in time, too, because moments later it started raining. The forecasters were wrong once again.


















