górskie wyprawy

Mugnetinden

Mugnetinden znalazłem nieoczekiwanie, przeglądając w necie mapę i zastanawiając się nad kolejną górską wyprawą. Po dwóch miesiącach spędzonych w Polsce, byłem kompletnie bez formy i porywanie się na coś ambitnego, mogłoby być męczące. Tutaj, szlak co prawda  oznaczono kolorem czerwonym, co w norweskim systemie znakownia szlaków oznacza, że to dość wymagająca trasa, ale niecałe 11 kilometrów w obie strony i jakieś 5 godzin marszu to było coś, co byłem w stanie zrobić. Poza tym, przynajmniej na mapie, wyglądało na to, że Mugnetinden ma do zaoferowania całkiem ładne widoki.

Położony w rejonie Valdres szczyt, niedaleko popularnego Bitihorn, zdawał się dużo mniej popularny, więc liczyłem, że na szlaku będę sam. Tym bardziej, że jak zwykle zamierzałem rozpocząć z samego rana, kiedy zwykli śmiertelnicy, i typowi Norwedzy jeszcze smacznie śpią. To założenie w tym jednym przypadku na tysiąc się nie sprawdziło. Kiedy gdzieś o godzinie ósmej rano zjawiłem się na parkingu Mugnestølen (wjazd na drogę Slettefjellvegen jest płatny: 110 kr), stało tam już jedno auto, a jego właścicielka, Norweżka w wieku 50-60 lat szykowała się na szlak. Początkowo nie wiedziałem czy sie szykuje czy dopiero co zeszła z gór, z tymi Norwegami nigny nie wiadomo. A jako, że ja nie miałem zbyt wiele do ogarnięcia (wystarczyło zmienić buty i chwycić plecak), ruszyłem w zaledwie parę minut.

Dzień zapowiadał się słoneczny i ciepły. Wziąłem co prawda ze sobą polar, ale musiałem go ściągnąć już po kilkuset metrach. Ścieżka była dobrze oznaczona. Tym razem tradycyjne czerwone T na kamieniach, znak DNT zastąpiono białym V (jak Valdres). Szlak poprowadzono wzdłuż spływającej po zboczu rzeki Mugna, co dodaje co najmniej kilka punktów na skali atrakcyjności, tym bardziej, że po drodze można natknąć się na piękny wodospad. Pomyślałem sobie nawet, że w drodze powrotnej, można by przystanąc i pomoczyć sobie nogi przy brzegu.

Norweżka z parkingu już wkrótce zaczęła mnie doganiać. Cóż, zdecydowanie miała lepszą formę niż ja. Albo nie zatrzymywała się co chwila, żeby porobić zdjęcia. Wciąż jednak trzymałem się z przodu. I tak miało pozostać przez całą trasę.

Szlak zakręcał i prowadził pomiędzy dwoma jeziorami: Mugnebottjernet oraz drugim, mniejszym i nienazwanym, po czym robiło się bardziej stromo. Ścieżka zaprowadziła mnie do kolejnego jeziorka, położonego wyżej, a następnie odbiła na północ i to było już szczytowe podejście. Już tutaj można było cieszyć oczy świetnmi widokami, ale dopiero na samym szczycie, dokąd dotarłem wkrótce potem okazało się, co Mugnetindem ma do zaoferowania. Oprócz wspomnianego Bitihorn oraz okolicznych wzniesień, w oddali morłem dojrzeć cały łańcuch gór Jotunheimen. Znacznie bliżej, bo tuż pode mną znajdowały się jeziora, obok których przechodziłem niewiele wcześniej. Inne, także nienazwane, w turkusowym kolorze oddzielało mnie od sąsiedniego szczytu.

Sceneria zachwycała. Porobiłem kilka lub kilkanaście zdjęć i postanowiłem wracać. Norweżka, która przez całą drogę deptała mi po piętach rozmawiała z kimś, kto dotarł na szczyt zaraz po niej. Minąłem ich i zaczęłem schodzić.

Trasa w dół przebiegała po tej samej ścieżce. Jednak tym razem było znacznie … tłoczniej. Co jakiś czas mijałem kolejnych ludzi zmierzających do góry. Nie spodziewałem się tu takich tłumów, więc byłem autentycznie zaskoczony. I kiedy w końcu dotarłem na parking okazało się, że stoi na nim całkiem sporo samochodów.

Przebrałem się, zjadłem coś i ruszyłem w drogę powrotną. To był udany dzień i całkiem przyjemna górska wyprawa.

I found Mugnetinden unexpectedly while browsing a map online and considering my next mountain hike. After two months in Poland, I was completely out of shape, and attempting anything ambitious could have been tiring. The trail was marked as red, which in the Norwegian trail marking system means it’s quite demanding, but the less than 11 kilometers round trip and about 5 hours of hiking were something I could manage. Besides, at least on the map, Mugnetinden looked like it offered some pretty spectacular views.

Located in the Valdres region, near the popular Bitihorn Mount, the peak seemed much less popular, so I was hoping to be alone on the trail. Especially since, as usual, I planned to start early in the morning, when ordinary mortals and typical Norwegians were still sound asleep. This assumption proved to be wrong in this one case out of a thousand. When I arrived at the Mugnestølen parking lot around 8 a.m. (the Slettefjellvegen road has an entry fee of 110 SEK), there was already a single car parked there, and its owner, a Norwegian woman in her 50s or 60s, was getting ready for the trail. At first, I wasn’t sure if she was getting ready or had just come down from the mountains—you never know with Norwegians. Since I didn’t have much to do (just changing shoes and grabbing my backpack), I was off in just a few minutes.

The day promised to be sunny and warm. I had a fleece jacket with me, but I had to take it off after just a few hundred meters. The trail was well marked. This time, the traditional red T letter on the stones had been replaced by a white V (for Valdres). The trail follows the Mugna River flowing down the slope, which adds at least a few points to the attraction scale, especially since you can stumble upon a beautiful waterfall along the way. I even thought about stopping and refresh my feet in the water on the way back.

The Norwegian woman from the parking lot soon started catching up with me. Well, she was definitely in better shape than me. Besides, she wasn’t stopping constantly to take photos. However, I still stayed ahead. And it would remain that way for the entire route.

The trail curved and led between two lakes: Mugnebottjernet and another, smaller and unnamed one, after which it became steeper. The path led me to another lake, located higher up, and then turned north, up to the summit. Already here, I could feast my eyes on magnificent views, but it wasn’t until the very top, which I reached shortly after, that I realized what Mugnetind had to offer. Besides the aforementioned Bitihorn and the surrounding hills, I could see the entire Jotunheimen mountain range in the distance. Much closer, because right below me were the lakes I’d passed not long before. Another, also unnamed, turquoise lake separated me from the neighboring peak.

The scenery was stunning. I took a few or a dozen photos and decided to head back. Norwegian woman, who had been on my back the entire way, was chatting with someone who had reached the summit just after her. I passed them and began my descent.

The route down followed the same path. However, this time it was much… occupied. Every now and then, I passed more people heading up. I hadn’t expected such crowds, so I was genuinely surprised. And when I finally reached the parking lot, I found quite a few cars parked there.

I changed, grabbed a bite to eat, and headed back. It had been a successful day and a quite enjoyable mountain hike.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *