Dolina Brytedalen
Nie wiem, czy też tak macie, ale ja czasem lubię sobie podróżować po mapie. W sensie, popatrzeć za jakimiś nowymi miejscami do odwiedzenia w realu. Sprawdzić jak dojechać, czy są w okolicy jakieś góry, na które można się wspiąć, czy widoki byłyby na tyle atrakcyjne, żeby warto było się tam wybrać. Cóż, zwykle z mapy trudno wyczytać, jak dane miejsce prezentuje się w rzeczywistości. Ale ciekawość zawsze pozostaje. W ten właśnie sposób odkryłem Byrtedalen, mało popularną zdaje się dolinę w południowej Norwegii, niedaleko drogi E134, w gminie Vinje. Szlak, oznaczony przez Norweskie Towarzystwo Turystyczne prowadzi wzdłuż doliny aż do Tjørnbrotbu, schroniska DNT, jakieś 13 km na zachód od miejsca, gdzie można pozostawić samochód. W pewnym miejscu można jednak odbić na południe i wejść na szczyt Kvannfjølli (1538m n.p.m.). Trasa od jakiegoś czasu widniała na mojej liście miejsc do odwiedzenia. I w sumie dziwne, czemu wcześniej nie zdecydowałem się na wyprawę w to miejsce.
Ale nadszedł w końcu ten czas. Druga połowa czerwca i ostatni wypad w góry przed wakacjami w Polsce. Tradycyjnie już wyruszyłem wcześnie. Dzień zapowiadał się przyjemnie i cieszyłem się na wędrówkę w górach. Dojechałem na miejsce i znalazłem miejsce do zaparkowania auta. Gdy wysiadłem na zewnątrz uderzył we mnie zimny wiatr. Jak się okazało miało tak wiać przez cały dzień. Zmieniłem buty, zabrałem z auta plecak i ruszyłem. Oznaczenie szlaku dostrzegłem kawałek dalej, w zasięgu wzroku. Spodziewałem się zarośniętej, mało widocznej ścieżki i przedzierania się przez zarośla, ale spotkało mnie miłe rozczarowanie. Szlak był dobrze utrzymany a ścieżka widoczna, przez cały czas marszu.
Niedługo po rozpoczęciu marszu natknąłem się na kilka owiec. Matkę z małymi. Uciekły w popłochu na mój widok. Białe, puszyste, słodkie zwierzaki. Teren wznosił się łagodnie, a ścieżka prowadziła wśród niskich drzew i krzewów. W zasięgu wzroku miałem pokryte zielenią zbocza wzgórz. A gdy wszedłęm nieco wyżej i obejrzałem się za siebie, dostrzegłem piękna panoramę doliny Byrtedalen z lśniącą w słońcu wstęgą rzeki Byrteåi.
Po przejściu ponad 1.5 kilometra dotarłem do drogi prowadzącej do okolicznych domków letniskowych. Dolina poszerzała się w tym miejscu a rzeka wiła się tu szerokimi meandrami. Naprawdę ładny widoczek. Mogłem zejść do drogi i przejść nią kawałek dopóki szlak znów nie skierował mnie na wąską ścieżkę. Niedługo potem na mojej drodze pojawiła się rzeka. Pozostała część szlaku widnaiła na jej drugim końcu. Żadnego mostu, kładki, czy opcji, żeby przejść suchą stopą po kamieniach. Mogłem więc zakończyć swoją wędrówkę tutaj, lub zdjąć buty i przejść wbród na drugą stronę. Nurt nie był głęboki ani zbyt silny. Szczęśliwie miałem ze sobą szybkoschnący ręcznik, więc mogłem wytrzeć stopy do sucha przed założeniem z powrotem butów i ruszyć w dalszą drogę.
A dalsza droga zaoferowała mi zmianę scenerii. Ścieżka prowadziła teraz wzdłuż górskiej rzeki, spływającej w dolinę silnym i wzburzonym nurtem. Dno doliny zwęziło się i pojawiło się więcej skał i kamieni. Niewątpliwie znajdowałem się wyżej, choć teren raczej wznosił się mało dostrzegalnie. W oddali dostrzegłem nawet ośnieżone szczyty.
Zaczynałem odczuwać pierwsze oznaki zmęczenia. Teren nie był jakoś wymagający a krajobraz wokół zachwycał na każdym kroku. A jednak to chyba nie był mój dzień. Może to przez ten zimny wiatr. W każdym razie, gdy przyszło mi przejść po raz kolejny przez rzekę, uznałem, że już wystarczy. Do końca trasy pozostało jeszcze sporo do przejścia, ale od samego początku nie miałem ustalonego celu. Czy dojść do Tjørnbrotbu, czy wspiąć się na Kvannfjølli, czy może po prostu dojść tak daleko jak się da i zawrócić. Jak widać trzecia opcja przyszła dość naturalnie. Na pewno jednak będę chciał wrócić i przejść przez Brytedalen raz jeszcze. Tym razem do końca.
Wróciłem do samochodu tą samą trasą. W tym samym miejscu przeszedłem przez rzekę, znowu ściągając buty i susząc stopy po drugiej stronie. Ponownie napotkałem owce i mijałem te same hytty. Mimo wszystko był to bardzo udany dzień, a okolica zaskoczyła mnie swym urokiem. I zdecydowanie będę chciał tu jeszcze wrócić.
I don’t know if you feel the same way, but sometimes I like to travel by map. I mean, to look for new places to visit in real life. I check how to get there, if there are any mountains nearby worth climbing, if the views would be attractive enough to make it worth a visit. Well, it’s usually hard to tell from a map what a place looks like in real life. But curiosity always remains. That’s how I discovered Byrtedalen, a seemingly unpopular valley in southern Norway, near the E134 road, in the Vinje commune. A trail marked by the Norwegian Tourist Association leads along the valley to Tjørnbrotbu, the DNT mountain cabin, about 13 km west of the parking lot. At one point, however, you can turn south and climb Kvannfjølli peak (1,538 m above sea level). This route had been on my list of places to visit for some time. And it’s strange why I hadn’t decided to go there sooner.
But the time had finally came. The second half of June and my last trip to the mountains before my summer vacation in Poland. As usual, I set off early. The day promised to be pleasant, and I was looking forward to hiking in the mountains. I arrived and found a place to park my car. As I got out, a cold wind hit me. As it turned out, it would blow like this all day. I changed my shoes, grabbed my backpack from the car, and set off. I spotted the trail marker a little further on, within sight. I expected an overgrown, barely visible path and a scramble through the undergrowth, but I was pleasantly disappointed. The trail was well-maintained, and the path was visible throughout the hike.
Shortly after starting, I came across several sheep. A mother with her young. They fled in panic at the sight of me. White, fluffy, sweet animals. The terrain rose gently, and the path led through low trees and shrubs. The green hillsides were in sight. As I climbed a little higher and looked back, I caught a glimpse of the beautiful panorama of the Byrtedalen Valley, with the ribbon of the Byrteåi River shimmering in the sun.
After walking for over 1.5 kilometers, I reached the road leading to the nearby summer cottages. The valley widened at this point, and the river meandered in wide curves. It was a truly beautiful view. I could descend to the road and walk along it for a while until the trail led me back to a narrow path. Soon after, the river appeared in my path. The rest of the trail was visible at the other end. There was no bridge, footbridge, or way to walk across the rocks with dry feet. So, I could end my hike here or take off my shoes and wade across. The current wasn’t deep or too strong. Luckily, I had a quick-drying towel with me, so I could dry my feet before putting my shoes back on and continuing my journey.
The path ahead offered a change of scenery. The trail now led alongside a mountain river, flowing into the valley in a strong and turbulent current. The valley floor narrowed, and more rocks and stones appeared. I was undoubtedly higher up, though the terrain rose rather imperceptibly. I even glimpsed snow-capped peaks in the distance.
I was starting to feel the first signs of fatigue. The terrain wasn’t particularly demanding, and the surrounding landscape was stunning at every turn. Still, it wasn’t exactly my day. Maybe it was the cold wind. In any case, when it came time to cross the river again, I decided that it was enough. There was still a long way to go, but from the very beginning, I hadn’t set a goal. Should I reach Tjørnbrotbu, climb Kvannfjølli, or simply go as far as I could and turn around. As you can see, the third option came quite naturally. However, I’ll definitely want to return and hike through Brytedalen again. This time, to the end.
I returned to the car along the same route. At the same point, I crossed the river, taking off my shoes again and drying my feet on the other side. I encountered sheep again and passed the same cabins along the way. Despite all this, it was a very successful day, and the area surprised me with its charm. And I definitely want to come back here again.
















