Rullestadjuvet – Simlebu. Nocleg w górskiej chatce
Przyjęło się, że pierwszy dzień Maja to międzynarodowe święto, i nie trzeba specjalnie zrywać się z łóżka wcześnie rano. Jeśliby ktoś pytał, to owszem, w Norwegii też mają święto pracy i wolne tego dnia. I z tym zrywaniem się rano do pracy to jak najbardziej, popieram, ale można się zerwać, żeby pojechać na przykład w góry. Chociażby odbyć 6-cio godzinną podróż autem, żeby połazić trochę w sielskich, górskich okolicach i spędzić noc w jednej z chatek należących do DNT (Norweskiego Towarzystwa Turystycznego). Nocleg w chatce Simlebu wykupiłem przez internet poprzedniego wieczoru. Nastawiłem budzik na baaardzo wczesną godzinę i poszedłem spać.
Podróż na miejsce, do wąwozu Rullestadjuvet zajęła, jak już wspomniałem jakieś 6 godzin. Bywałem już tu wcześniej, a i zdarzyło się raz obejrzeć z bliska samą chatkę Simlebu (w rzeczywistości są to dwie chatki). I planowałem dostać się na miejsce tą samą trasą, którą szedłem parę lat wcześniej. Tym razem jednak z dość sporym plecakiem. Zaparkowałem w niedużej zatoczce przy drodze, tuż przy tabliczce kierującej w górę po stromym zboczu. Nieco dalej, w głąb wąwozu znajduje się równoległa trasa. Obie łączą się w którymś momencie w jeden szlak. Dopakowałem plecak jedzeniem oraz sprzętem fotograficznym, zmieniłem buty i mogłem ruszać.
Sam wąwóz Rullestad jest dość ciekawym miejscem i może kiedyś nadejdzie czas, żeby dokładniej go zbadać. Tego dnia jednak rzuciłem tylko okiem na rwącą rzekę biegnącą jego dnem, równolegle do drogi po czym ruszyłem pod górę kamienistą ścieżką. Plecak ciążył. Szło się dość mozolnie. Z jakiegoś powodu mięśnie paliły bardziej niż zazwyczaj. Ale posuwałem się do przodu. I w górę. Wkrótce samochód zniknął mi z oczu. Za to mogłem cieszyć się z widoków, a raczej chłonąć atmosferę górskiego sosnowego lasu. I przebijającego się przez gałęzie słońca. Tego dnia miało być naprawdę ciepło i dość szybko przekonałem się, że niepotrzebnie ubrałem długie spodnie. A że miałem w plecaku też krótkie, więc zrobiłem szybką zamianę na trasie. I już szło się nieco raźniej.
Czasem trudno spamiętać wszystkie trasy, po jakich się chodzi, ale pamięć powraca gdy się idzie po tej samej ścieżce ponownie po jakimś czasie. I tutaj też tak było. Ale zauważyłem zmianę, nawet dość istotną. Bo 6 lat temu nie było szerokiej drogi w środku lasu. Ta zresztą, wyglądała na całkiem świeży dodatek do krajobrazu. Była miejscami stroma, biegła równolegle do ścieżki, przecinając ja w jednym miejscu by potem piąć się stromo gdzieś dalej. Zapewne do czyjejś hytty (lub kilku hytt, które być może mają dopiero powstać). Gdy się zorientowałem, ze moja ścieżka odbija od tej drogi, zszedłem z niej i dalej podążałem oznaczonym szlakiem.
Słońce faktycznie zaczynało grzać, a wciąż jeszcze nie było nawet południa. Szedłem mozolnie do przodu i wkrótce dotarłem do skupiska kilku chatek i skrzyżowania szlaków. Miejsce to, nazwane Mjelkestølen, było punktem, gdzie dochodziła wspomniana wcześniej równoległa ścieżka z wąwozu Rullestadjuvet. Miałem już za sobą ponad połowę trasy.
Jakiś czas potem dotarłem do mostu przerzuconego nad spływającym ze zbocza strumieniem. Pojawiły się też pierwsze połacie wciąż niestopionego śniegu. Szedłem beztrosko dalej, aż do niewysokiego zbocza, które pokrywał w całości śnieg. Ścieżki nie było widać. Rozważałem dwa kierunki dalszego marszu, ale który był właściwy? Z tych rozmyślań wyrwały mnie dwie postacie, które w tym momencie pojawiły się na szczycie wzniesienia. Dwoje staruszków właśnie schodziło z trasy, pokazując mi którędy powinienem iść dalej. Okazało się także, że śnieg na zboczu jest głęboki. Wyciągnąłem więc z plecaku stuptuty i zacząłem je zakładać. Zamieniłem kilka słów ze starszą parą i dowiedziałem się, że na górze, są co prawda wspaniałe widoki ale również sporo śniegu i że nie zalecają iść dalej niż do Simlebu. Zapewniłem ich, że moim celem jest dotarcie tylko do hytty, nocleg i zejście tą samą trasą następnego ranka. Gdy straciłem ich z oczu, ruszyłem pod górę. Dzięki stuptutom, niestraszne mi były głębokie zaspy. Dotarłem na szczyt wzniesienia i kontynuowałem swój marsz.
Wędrówkę w śniegu, tam, gdzie przykrywał on ścieżkę, ułatwiały mi ślady staruszków. Szedłem dalej, czasem napotykałem większe połacie śniegu, czasem mniejsze. Czasem mogłem spacerować po gołej skale. Wyszedłem na otwartą przestrzeń i uderzył we mnie wiatr. Mocny i zimny. Mogłem zapomnieć o prognozie pogody i ciepłym dniu. Na dole może było i ładnie, ale tu, wyżej, wiało i musiałem wyciągnąć z plecaka polar.
W którymś momencie ślady w śniegu zaprowadziły mnie do załomu rzeki. W oddali już widziałem dach chatki Simlebu. Byłem blisko. Wystarczyło przejść rzekę, wspiąć się na ostatnie wzniesienie i już. Tyle, że rzeka była szeroka, a mostu nigdzie nie było widać. Przeszedłem się wzdłuż brzegu szukając miejsca gdzie mógłbym przejść po kamieniach, ale okazało się to niemożliwe. W paru miejscach mógłbym spróbować, ale wystające nad powierzchnię kamienie prowadziły zwykle do połowy szerokości rzeki. Cóż, pozostawało tylko jedno rozwiązanie. Ściągnąć buty i zmoczyć nogi. Wybrałem miejsce, gdzie było chyba najpłycej. I przeprawiłem się na drugą stronę. Wysuszyłem nogi szybkoschnącym ręcznikiem i ruszyłem dalej.
Rzeczywiście, pokonałem ostatnie wzniesienie i parę minut potem byłem na miejscu. Dwie chatki, pomalowane po Norwesku na czerwono stały niedaleko siebie na równinie otoczonej górskim pejzażem. Wokół żywej duszy, tylko hulający bezlitośnie wiatr. Mogłem zapomnieć o lataniu dronem. Dobrze, że zrobiłem to zanim przekroczyłem rzekę.
Dotarłem do Simlebu. Była godzina 14.00 i miałem mnóstwo czasu żeby się rozgościć i przygotować do spędzenia nocy w tym miejscu. Simlebu to hyta samoobsługowa. Znaczy to tyle, że nie ma tam żadnej obsługi jak w typowym schronisku, gdzie serwuje się posiłki. Jest co prawda kuchnia (kuchenka na gaz, a wodę trzeba przynieść z pobliskiego jeziora), a w spiżarni znajdują się produkty, których można użyć do przygotowania posiłku o ile się za nie zapłaci (poprzez aplikację DNT). Wewnątrz (łącznie w obu budynkach) znajduje się aż 36 miejsc do spania (łóżek, bądź rozłożonych materacy na poddaszu). W dodatku w bocznym pomieszczeniu mogłem znaleźć toaletę, składzik na drewno do kominka oraz kojce dla czworonogów.
Zjadłem coś, przygotowałem sobie posłanie (w hyttach DNT znajduje się pościel ale trzeba mieć ze sobą prześcieradło i poszewki. Spanie w śpiworze nie jest dopuszczalne) i zabrałem się za czytanie przyniesionej ze sobą książki. W pewnym momencie do chatki wparował jakiś gość. Na oko nieco starszy ode mnie. Porozmawialiśmy trochę i okazało się, że to miejscowy, a raczej wychowany w tej okolicy i przyjeżdżający tu dość często, żeby odpocząć i połazić po górach. Zdradził mi, że jednak istnieje most, którego nie mogłem znaleźć i wskazał kierunek w którym powinienem iść, żeby go znaleźć. Chwilę potem już go nie było. Wracał z powrotem na dół. Norwedzy są szaleni.
Niedługo potem zjawiła się para, która podobnie jak ja, miała w planach nocleg w Simlebu. Szczęśliwie w chatce były dwie sypialnie, więc nie wchodziliśmy sobie w drogę. A pod wieczór zjawiła się jeszcze jedna para. Ci, łaskawie przenieśli się na poddasze.
Noc upłynęła spokojnie, pomimo hulającego na zewnątrz wiatru. Na kolejny dzień zapowiadali już deszcz i miałem nadzieję zejść na dół zanim zacznie padać. Wstałem rano i starając się zachować ciszę, kiedy wychodziłem na zewnątrz. Opuściłem Simlebu i skierowałem się w drogę powrotną. Most rzeczywiście znajdował się tam, gdzie wskazał mi tamten Norweg. Idąc pod górę niepotrzebnie poszedłem po śladach w śniegu i go przeoczyłem. Przez noc wiatr uspokoił się, i już nie wiało tak mocno. Spokojnie schodziłem tą samą trasą, którą poruszałem się dzień wcześniej. Po drodze miałem okazję podziwiać wschód słońca. Zszedłem do Rullestadjuvet bez żadnych przygód. Przebrałem się, polatałem trochę dronem po czym zapakowałem się do auta. Kiedy opuszczałem wąwóz, na przednią szybę spadały już pierwsze krople deszczu. Idealne wyczucie czasu.
It’s common practice to consider May Day an international holiday, so you don’t have to get up early in the morning. If anyone’s wondering, yes, Norway also has a Labor Day and a day off. And not getting up early for work is perfectly fine, I agree, but you can get up earlyif you want to go to the mountains, for example. Even a six-hour drive to explore the idyllic mountainous landscape and spend the night in one of the cabins belonging to the Norwegian Tourist Association (DNT). I booked accommodation at the Simlebu cabin online the night before. I set my alarm for a veeery early morning and went to bed.
The journey to the site, to the Rullestadjuvet gorge, took, as I mentioned, about six hours. I’ve been there before, and I even managed to see the Simlebu cabin itself up close (it’s actually two cabins). I planned to get there the same route I’d taken a few years earlier. This time, however, with a rather large backpack. I parked in a small lay-by by the road, right next to a sign pointing up the steep slope of the gorge. A little further, deeper into the gorge, there’s a parallel trail. The two merge into one trail at some point. I loaded my backpack with food and camera equipment, changed shoes, and was ready to go.
The Rullestad Gorge itself is quite an interesting place, and perhaps someday the time will come to explore it more thoroughly. That day, however, I only glanced at the rushing river running along its bottom, parallel to the road, before heading up the rocky path. The backpack felt heavy. It was quite an arduous hike. For some reason, my muscles burned more than usual. But I kept moving forward. And upward. Soon, the car was out of sight. Instead, I could enjoy the views, or rather, soak up the atmosphere of the mountain pine forest. And the sun peeking through the branches. It was supposed to be really warm that day, and I quickly realized I shouldn’t have worn long pants. And since I also had shorts in my backpack, I made a quick swap along the route. And the going was already a bit more lively.
Sometimes it’s hard to remember all the routes you’ve taken, but the memory comes back when you walk the same path again after a while. And that was the case here too. But I noticed a change, even a significant one. Because six years ago, there wasn’t a wide road through the forest. This one, by the way, looked like a fairly recent addition to the landscape. It was steep in places, running parallel to the path, crossing it in one place before climbing steeply somewhere else. Probably to someone’s hytta (or several hyttas, which might still be built). When I realized my path diverged from this road, I left it and continued following the marked trail.
The sun was indeed starting to warm up, and it wasn’t even noon yet. I trudged forward and soon reached a cluster of huts and a trail intersection. This place, called Mjelkestølen, was the point where the previously mentioned parallel path from the Rullestadjuvet gorge joined. I had already covered more than half of the route.
Some time later, I reached a bridge spanning a stream flowing down the slope. The first patches of still-unmelted snow appeared. I continued carefree until I reached a low slope completely covered in snow. There was no path in sight. I considered two directions to continue, but which was the right one? My thoughts interrupted by two figures who appeared at that moment at the top of the hill. The older couple were just descending and showing me which way to go. It also turned out that the snow on the slope was deep. So I pulled my gaiters from my backpack and began putting them on. I exchanged a few words with an elderly couple and learned that the mountain offered magnificent views, but also there is a lot of snow, and that they don’t recommend going any further than Simlebu. I assured them that my goal was to reach the cabin, spend the night there, and descend the same route the next morning. When I lost sight of them, I set off uphill. Thanks to my gaiters, I wasn’t afraid of deep drifts. I reached the summit of the hill and continued my walk.
Hiking through the snow, where it covered the path, was made easier by the footprints of the elderly couple. I continued walking, sometimes encountering larger patches of snow, sometimes smaller ones. At times, I could walk on bare rock. I emerged into the open, and the wind hit me. Strong and cold. I could forget about the weather forecast and the warm day. It might have been nice down below, but up here, it was windy, and I had to pull my fleece jacket out of my backpack.
At some point, the tracks in the snow led me to a bend in the river. In the distance, I could already see the roof of the Simlebu cabin. I was close. I just had to cross the river, climb the last hill, and that was it. Except the river was wide, and the bridge was nowhere in sight. I walked along the bank, looking for a place to cross it on the stones, but it proved impossible. I could have tried in a few places, but the stones sticking out of the water usually led halfway the width. Well, there was only one solution left: take off my shoes and get my feet wet. I chose the spot that seemed shallowest. I crossed to the other side. I dried my feet with a quick-drying towel and continued on my way.
Indeed, I overcame the last rise and a few minutes later I was there. Two huts, painted typically with Norwegian red paint, stood close together on a plain surrounded by a mountain landscape. Not a soul around, only the relentless wind howling. I could forget about flying my drone. Good thing I did it before crossing the river.
I reached Simlebu. It was 2:00 PM, and I had plenty of time to settle in and prepare for my overnight stay. Simlebu is a self-service hut. This means there’s no staff, unlike a typical mountain lodge where meals are served. There is a kitchen (a gas stove, and water must be brought from the nearby lake), and the pantry contains ingredients you can use to prepare meals, provided you pay for them (via the DNT app). Inside (both buildings combined), there are 36 sleeping places (beds or mattresses in the attic). In addition, in a side room, I could find a toilet, a firewood storage area, and kennels for pets.
I ate something, made myself a bed (DNT cabinss provide bedding, but you must bring your own sheet and pillowcases. Sleeping in a sleeping bag is not permitted), and settled in to read a book I’d brought. Suddenly, a guest barged inside. He looked a bit older than me. We chatted for a while, and it turned out he was a local, or rather, someone who grew up in the area and came here quite often to relax and hike. He told me that there is a bridge over the river I couldn’t find and pointed me in the direction I should go to find it. A moment later, it was gone. He was heading back down. Norwegians are crazy.
Shortly afterward, a couple arrived who, like me, had planned to spend the night in Simlebu. Luckily, the cabin had two bedrooms, so we didn’t get in each other’s way. And towards evening, another couple showed up. They graciously moved into the attic.
The night passed peacefully, despite the howling wind outside. They were already predicting rain the next day, and I hoped to get down before it started. I got up in the morning, trying to be quiet as I went outside. I left Simlebu and headed back. The bridge was indeed where the Norwegian had pointed out. On my way up, I accidentally followed footprints in the snow and missed it. The wind had calmed down overnight, and it wasn’t so strong anymore. I leisurely descended along the same route I’d taken the day before. Along the way, I had the opportunity to admire the sunrise. I descended to Rullestadjuvet without any problems. I changed, flew the drone a bit, and then packed up my car. As I left the gorge, the first drops of rain were already falling on the windshield. Perfect timing.

























