Wyprawa na Preikestolen
Podczas gdy Norwegia przeżywała jedno z najgorętszych letnich sezonów w ostatnich latach, trwała moja absencja w kraju fiordów. Wracając po dwóch miesiącach nie miałem jeszcze sprecyzowanych planów na kolejne wędrówki, ale potrzebowałem się rozruszać, zobaczyć góry, poprzebywać wśród natury i pochodzić po tutejszych szlakach. Brakowało mi tego i nie mogłem się doczekać kiedy znów zacznę. Tak się złożyło, że do Norwegii pojechałem z Tymkiem. I już w trakcie podróży wpadł mi do głowy plan, gdzie moglibyśmy się razem wybrać. Póki co, jeszcze mu o tym nie wspominałem. A że mieliśmy spędzić wspólnie kilka dni na zachodnim wybrzeżu, w rejonie Rogaland, nie mieliśmy zbyt daleko by wybrać się na … Preikestolen.
Postanowiłem pojechać tam w niedzielę z samego rana. Znajomy przekazał mi, że był tam tydzień wcześniej i że mogę się spodziewać tłumów. Koniec lata czy nie, słynna półka skalna to chyba jedno z najbardziej odwiedzanych miejsc w całej Norwegii. Uznałem, że im szybciej wyruszymy, tym większa szansa na uniknięcie tych wszystkich ludzi na szlaku. Zarządziłem wyjazd o 5.00 rano.
To miała być moja druga wizyta na Preikestolen. Pierwsza miała miejsce lata temu, kiedy jeszcze nie powstała w mojej głowie myśl o prowadzeniu bloga. Poza tym, tamten wypad nie był zbyt udany. Chmury i deszcz ograniczyły widoczność, a i chodzenie w przemoczonych ciuchach do przyjemności nie należy.
Wyjechaliśmy o czasie. Po drodze mieliśmy przeprawę promową na trasie Årsvagen – Mortavika, potem przejazd przez Stavanger i tunelem do Tau, Jørpeland i na parking przy Preikestolen BaseCamp. Była godzina ósma rano, a główny parking był już niemal cały zapełniony. Udało nam się znaleźć miejsce i wyruszyć na szlak. I już wtedy mijaliśmy ludzi, którzy wracali z trasy. O której oni musieli zacząć? Zastanawiałem się czy Tymek kojarzy miejscówkę na którą zmierzaliśmy. Na promie zapytał mnie dokąd jedziemy i mu powiedziałem. Wyglądał jakby znał tę nazwę, założyłem więc, że wie, że może gdzieś słyszał albo widział w internecie. Ale podczas marszu wciąż dopytywał co będzie na końcu trasy, więc chyba jednak nie miał pojęcia co go czeka.
Drugim pytaniem jaki mi zadawał było, kiedy się zatrzymamy żeby coś zjeść. Fakt, ściągnąłem go z łóżka wcześniej niż przywykł w te wakacje i nie zdążył nic zjeść. A że nie wziął swojego plecaka i to ja dźwigałem cały prowiant, mogłem rządzić 🙂 I zarządziłem, że zjemy już na miejscu. Robienie postoju na trasie liczącej 4 km to byłby wstyd. Wciąż mijaliśmy jakichś ludzi. Większość szła w tym samym kierunku, byli też tacy, którzy już wracali. Nie chciałem, żeby ci, których wyprzedziliśmy, teraz wyprzedzili nas. Poza tym, Tymek gnał jak struś pędziwiatr. W większości był przede mną i tylko czasem przystawał, żebym mógł go dogonić. Zazwyczaj z pytaniem kiedy jedzenie, albo wbijał mi szpilę pytając czemu tak ciężko dyszę. A raz nawet spuścił taką bombę mówiąc: “To tak wygląda starość…”. Echh.. dzieciaki bywają okrutne.
Trasa na Preikestolen łatwym spacerkiem nie jest, ale ułatwieniem są drewniane podesty na podmokłych terenach a przez większość trasy prowadzą nas kamienne chodniki i stopnie ułożone przez nepalskich szerpów. Często mijaliśmy na tych stopniach zadyszanych ludzi. Jakiś kilometr przed celem minęliśmy niewielki domek, który okazał się schronieniem na wypadek gwałtownej zmiany pogody. Szliśmy dalej i niedługo potem dotarliśmy na miejsce.
Na miejscu zebrał się już niewielki tłumek. Ludzie stali, siedzieli, chodzili wokół. Jedni robili fotki, inni jedli kanapki, jeszcze inni rozmawiali i cieszyli się widokami. Preikestolen, czyli angielskie Pulpit Rock, lub polska Ambona to skalna półka w kształcie prostopadłościanu, która przyczepiona jest do skały wznoszącej się nad Lysefjordem. Wysokość do krawędzi urwiska wynosi 604 metry pionowej ściany, co czyni ten obiekt jedną z najbardziej rozpoznawalnych miejscówek na świecie. Wzdłuż krawędzi nie ma żadnych barierek, a mimo to chętnych do podejścia i zerknięcia w przepaść nie brakuje.
Tymek ożywił się zobaczywszy gdzie doszliśmy. Ale odniosłem wrażenie, że bardziej interesowały go kanapki w moim plecaku niż same widoki. Zostawiłem go więc z prowiantem a sam zabrałem się za aparat. Wokół kręcili się inni ludzie z komórkami i dronami. Byli i tacy, którzy po prostu napawali oczy widokiem. A ten był naprawdę niesamowity. Zwłaszcza ciągnąca się daleko na wschód wstęga Lysefjordu i otaczające go góry. Przez niebo przesuwały się chmury, dodając specyficznego klimatu do fotografowanych scen.
Chciałem jeszcze wejść wyżej i porobić kilka dodatkowych zdjęć z innej perspektywy. Udało nam się znaleźć jakąś ścieżkę, choć chyba nie do końca oficjalną. Parę minut potem znaleźliśmy się nad Preikestolen, skąd można zrobić świetne ujęcie całości. Tam też wypuściłem drona na kilka ujęć, bo za plecami ustawiał się już kolejny amator latania. Było tu dziś naprawdę tłoczno i na dłuższe, spokojne latanie nie było po prostu szans.
Zebraliśmy się i ruszyliśmy z powrotem. Trasa była dokładnie ta sama, ale miałem wrażenie, że coraz więcej ludzi przybywa na szlaku. Napotykaliśmy różne grupy społeczne: rodowitych Norwegów, którzy wybrali się na rodzinną wycieczkę z dziećmi lub przyjaciółmi, Azjatów maszerujących pojedynczo, parami lub całymi wycieczkami, Niemców, którzy zdradzali się swoim ciężkim do strawienia językiem, Polaków, za których momentami było mi wstyd, no bo jak można siedzieć na skraju urwiska i nawijać przez telefon jak minął poprzedni wieczór w taki sposób, żeby wszyscy wokół mogli (a właściwie musieli) słyszeć. A na sam koniec przyszło nam się zmierzyć ze szkolną wycieczką (wycieczkami) norweskich nastolatków. Część z nich szła ze wzrokiem wlepionym w ekrany komórek. Cóż… mam tylko nadzieję, że jakoś przeżyli ten dzień.
Dotarliśmy do auta i ewakuowaliśmy się z parkingu. Wracaliśmy do domu.
While Norway was experiencing one of the hottest summers in recent years, I was still away from the country of the fjords. Returning after two months, I didn’t yet have any specific plans for my next hikes, but I needed to get moving, see the mountains, be surrounded by nature, and hike the local trails. I missed it and couldn’t wait to start again. It so happened that I went to Norway with Tymek. And while we were traveling, I came up with a plan to go together. I hadn’t mentioned it to him yet. Since we were supposed to spend a few days together on the west coast, in the Rogaland region, we weren’t too far away to go to… Preikestolen.
I decided to go there first thing on Sunday morning. A friend had told me he’d been there the week before and that I could expect crowds. End of summer or not, the famous cliff is probably one of the most visited places in all of Norway. I figured the sooner we set off, the better chance we had of avoiding all the people on the trail. I scheduled a 5:00 a.m. departure.
This was to be my second visit to Preikestolen. The first was years ago, when I hadn’t even considered blogging. Besides, that trip wasn’t very successful. Clouds and rain limited visibility, and walking around in soaking wet clothes wasn’t exactly a pleasant experience.
We left on time. Along the way, we had a ferry crossing from Årsvagen to Mortavika, then a drive through Stavanger and the tunnel to Tau, Jørpeland, and the parking lot at Preikestolen BaseCamp. It was 8:00 a.m., and the main parking lot was almost full. We managed to find a spot and set off on the trail. And even then, we were passing people returning from the hike. What time did they have to start? I wondered if Tymek knew the spot we were heading to. On the ferry, he asked me where we were going, and I told him. He looked like he knew the name, so I assumed he knew, maybe heard it somewhere, or saw it online. But during the hike, he kept asking what was at the end of the route, so I guess he had no idea what awaited him.
The second question he asked me was when we were going to stop for something to eat. True, I’d dragged him out of bed earlier than he was used to this summer, and he hadn’t had time to eat anything. And since he hadn’t brought his backpack and I was carrying all the food, I could be in charge 🙂 So I decided we’d eat right there. Stopping on a 4-kilometer route would have been embarrassing. We kept passing people. Most were heading in the same direction, and some were already heading back. I didn’t want those we’d overtaken to overtake us. Besides, Tymek was racing like a roadrunner. He was mostly ahead of me, only stopping occasionally so I could catch up. Usually to ask when we’d have food, or to poke me in the face by asking why I was breathing so hard. And once he even dropped this bombshell by saying: „This is what old age looks like…” Sigh… kids can be cruel.
The route to Preikestolen isn’t an easy walk, but wooden platforms in the marshy areas make it easier, and for most of the route, we’re guided by stone walkways and steps laid by Nepalese sherpas. We often passed people out of breath on these steps. About a kilometer before our destination, we passed a small house that proved to be a shelter in case of a sudden change in the weather. We continued walking and soon arrived.
A small crowd had already gathered. People were standing, sitting, and walking around. Some were taking photos, others were eating sandwiches, others were chatting and enjoying the views. Preikestolen, or Pulpit Rock in English, or Ambona in Polish, is a cuboid-shaped rock shelf attached to a cliff overlooking the Lysefjord. The vertical wall of the cliff is 604 meters high, making it one of the most recognizable landmarks in the world. There are no railings along the edge, yet there are plenty of people eager to approach and peer into the abyss.
Tymek perked up when he saw where we’d come. But I got the impression he was more interested in the sandwiches in my backpack than the views themselves. So I left him with the food and grabbed my camera. Other people were milling around with their phones and drones. Some were simply enjoying the view. And this one was truly incredible. Especially the ribbon of the Lysefjord stretching far to the east and the surrounding mountains. Clouds were moving across the sky, adding a unique atmosphere to the scenes.
I wanted to climb higher and take a few more photos from a different perspective. We managed to find a path, although it wasn’t entirely official. A few minutes later, we were at spot, from where we could get a great shot of the whole thing. I also launched the drone there for a few shots, as another flying enthusiast was already lining up behind us. It was really crowded here today, and there was simply no chance of a longer, leisurely flight.
We gathered ourselves and headed back. The route was exactly the same, but I had the impression that more and more people were coming. We encountered diverse social groups: native Norwegians on a family hike with their children or friends, Asians hiking alone, in pairs, or in groups, Germans who betrayed their difficult language, Poles who at times made me feel ashamed, because how could anyone sit on the edge of a cliff and talk on their phone about the previous evening so everyone could hear? And finally, we had to deal with a school trip (or trips) of Norwegian teenagers. Some of them were walikg and glued to their cell phones at the same time. I just hope they somehow survived the day.
We reached the car and evacuated the parking lot. We were heading home.



































