Ekstremalny nocleg na Sjønosi
Połowa czerwca to zdecydowanie cieplejsze i dłuższe dni. Idealne warunki na planowanie górskich wędrówek, połączonych z nocowaniem w namiocie. Tydzień wcześniej wybrałem się na punkt Himakånå, a noc spędziłem na pobliskim szczycie Stølanuten. Fantastyczne widoki z tamtej wyprawy na długo pozostaną w mojej pamięci. Kolejny weekend miał być moim ostatnim w Norwegii przed dłuższą przerwą i chciałem go wykorzystać na coś ekstra. Jakąś wycieczkę, która przyćmiłaby swoim rozmachem tę poprzednią. Trochę zastanawiałem się nad kierunkiem, celem i potencjalnymi widokami takiej wyprawy. W końcu postanowiłem wybrać się ponownie w rejon miasteczka Lærdalsøyri. Dwa lata wcześniej wszedłem tam na szczyt Vetanosi i do dziś tamta wyprawa jest jedną z najlepszych, jakie przeżyłem. Przez moment rozważałem ponowne zdobycie tej góry, ale ostatecznie zdecydowałem się na Sjønosi.
Sjønosi to właściwie nie szczyt, a punkt widokowy. Znajduje się po przeciwnej stronie Lærdalsfjordu niż wspomniany Vetanosi i jest od niego niższy o 25m (1102m n.p.m.). Niecały kilometr w linii prostej znajduje się szczyt Grånosi (1209m n.p.m.), który ująłem w swoich planach, podobnie jak kolejne w tym samym paśmie: Hesthovd (1296m n.p.m.) oraz Såta (1307m n.p.m.).
Nieoczekiwanie chęć dołączenia do wyprawy wyraził jeden z kolegów z pracy, rodowity Norweg, z najbardziej norweskim imieniem z jakim się zetknąłem: Odin. A jako, że niedawno przyjechał aż z Trondheim, i nie miał ze sobą żadnego ekwipunku, pożyczyłem mu plecak, namiot i śpiwór. Wyjechaliśmy w piątek po lunchu, bo droga była daleka. Nie udało nam się do końca uniknąć korków podczas przejazdu przez Oslo, ale w piątek w ciągu dnia to już norma.
W Lærdalsøyri byliśmy gdzieś koło 18.00, przejechalismy przez miasteczko i skierowaliśmy się na sławną Śnieżną Drogę (Snøveien), skąd rozpoczynał się szlak. Parking to właściwie niewielka zatoczka przy i tak wąskiej drodze. Gdy się tam zjawiliśmy, zastaliśmy już postawionego na niej kampera. Na szczęście znalazło się też miejsce i na mój samochód. Niebo było pochmurne i a temperatura w okolicach 11-13 stopni nie zachęcała do wędrówki. Ale skoro już przyjechaliśmy…
Szlak rozpoczyna się tablicą informacyjną. Do pokonania mieliśmy 4 kilometry. Potem ścieżka wchodzi w las i dość szybko pnie się stromo w górę. Mieliśmy ze sobą duże plecaki. Odin, podejrzewam, nie miał w tym swoim (moim) zbyt wiele, podejrzałem jak chował tam jeszcze pośpiesznie książkę. Ja swój odchudziłem na maksa dzień przed wyjazdem. Ale mimo to, śpiwór, namiot, kuchenka turystyczna, woda, sprzęt foto, to wszystko trochę ważyło. A mieliśmy piąć się po tej stromiźnie przez dość spory kawałek. Mój towarzysz, o połowę co najmniej młodszy radził sobie całkiem nieźle. Wysforował się na czoło, może dlatego nie słyszałem jego sapania, ale wydawało mi się, że jest w dużo lepszej formie.
Ścieżka biegła zakosami przez las. Nie było zbyt wiele okazji do podziwiania widoków. Wszystko zasłaniały drzewa. Na jednym z zakrętów spotkaliśmy parę Norwegów. Mogli mieć koło sześćdziesiątki na karku i to oni chyba przyjechali tym kamperem, przy którym parkowaliśmy. Wracali właśnie z Sjønosi i zapewniali, że widoki są świetne. Niewiele zresztą zrozumiałem, bo Odin wziął na siebie prowadzenie rozmowy a dla mnie i poza pojedynczymi fragmentami większość z tego o czym mówili mi umknęło. Ruszyliśmy dalej. Ścieżka zdawała się nie mieć końca, ale o dziwo przyzwyczaiłem się do tego mozolnego marszu pod górę.
W końcu jednak teren nieco się wypłaszczył a ścieżka odbiła głębiej w las. Ten też się przerzedził, ale w tym momencie akurat zaczęło padać. Wyciągnąłem kurtkę przeciwdeszczową. Było mokro, pochmurno i zastanawiałem się nad tym planowanym noclegiem. W końcu stwierdziłem, że nie zawsze można spać w idealnych warunkach i przestałem się przejmować. Odin wciąż prowadził. Napotkaliśmy rzeczkę a na jej drugim brzegu kilka domków. Część z nich sprawiała wrażenie dość wiekowych, ale parę było całkiem nowych. Miejsce nosiło nazwę Glipstølen i pełniło dawniej funkcję farmy. Obecnie nie byłem pewien jego przeznaczenia. Nasza trasa wiodła pomiędzy domostwami i wysokimi zaroślami dalej na północny zachód. Teraz drzewa były już rzadkością i niedługo potem znikły zupełnie.
Dobra wiadomość była taka, że przestało padać. Ale wciąż było pochmurno, wietrznie i raczej zimno. Przechodziliśmy po wrzosowisku, mijaliśmy białe, przypominające z daleka śnieg mchy i podmokłe tereny. Szliśmy i szliśmy. Wspomniane cztery kilometry dawno już przeszliśmy, mój zegarek z gps’em wskazywał, że pokonaliśmy już ponad 5, a naszego celu wciąż nie było widać.
Jednak za kolejnym wzniesieniem ujrzeliśmy w końcu jakiś widok. I to nie byle jaki. Przed naszymi oczami widniał Lærdalsfjorden oraz przycupnięte na jego końcu miasteczko. Stamtąd było już naprawdę blisko. Chwilę później staliśmy przy kamiennym kopcu i chłonęliśmy widoki. A przynajmniej próbowaliśmy, bo lodowaty wiatr wył na Sjønosi jak opętany. Odin od razu założył na siebie coś cieplejszego. Ja wytrzymałem dłużej, bo zajęty byłem cykaniem fotek. A było co cykać, nawet pomimo chmur i dość ponurej atmosfery. Widok był podobny do tego, co widziałem dwa lata wcześniej na Vetanosi (które zresztą wznosiło się zaraz naprzeciwko). Trzy fiordy spotykały się przed naszymi oczami w jednym miejscu (no dobra, był to właściwie jeden fiord z odgałęzieniami). A wokół wznosiły się strome ściany gór.
Potem zaczęliśmy rozglądać się za miejscem pod namioty. A trzeba było się pośpieszyć, bo im dłużej byliśmy wystawieni na podmuchy wiatru, tym zimniej się robiło. Rozłożyliśmy się nieopodal szczytu (a raczej punktu widokowego). I po krótkiej rozmowie każdy poszedł spać do siebie. Było już zresztą po 22.00.
Wiatr wył całą noc ale udało mi się zasnąć. Tyle że gdzieś o drugiej wściekł się jeszcze bardziej i uderzył z taką siłą, że wyrwał dwa czy trzy śledzie, mocujące mój namiot. Nieumocowany zaczął telepać na wietrze wyrywając mnie ze snu. Wysunąłem się ze śpiwora i poprawiłem to co się dało. Ale wyglądało na to, że dwa śledzie poleciały w siną dal. Próbowałem zasnąć ponownie, ale sie nie dało. Namiotem rzucało na wszystkie strony jakby jakaś siła chciała nas wykurzyć z tej góry. Bałem się, że jak powstanie gdzieś jakieś pęknięcie, to cały namiot zaraz zostanie rozerwany na strzępy, a wtedy będzie naprawdę niewesoło. Na szczęście materiał okazał się wytrzymały.
Nie pamiętam jak długo leżałem w środku zastanawiając się czy uda mi się złożyć namiot i pozostały sprzęt na tym przeklętym wietrze. W końcu postanowiłem wygramolić się ze śpiwora i wyjść na zewnątrz. Moje odchudzanie plecaka teraz się na mnie zemściło. Spodziewałem się wyższych temperatur, więc nie zabrałem ze sobą ani długich spodni, ani nawet rękawiczek, które zwykle nie opuszczają kieszeni na drobiazgi. A teraz już chwilę po opuszczeniu namiotu palce zaczęły mi sztywnieć z zimna.
Zaczynało się przejaśniać, i pomimo wciąż gdzieniegdzie ciężkiej pokrywy chmur, zza gór zaczęły przedzierać się pierwsze promienie wschodzącego słońca. I to był spektakl, na który warto było wstać. Gdyby nie zimno, usiadłbym na jakimś kamieniu i gapił się na ten widok w nieskończoność. Musiałem się jednak ewakuować i wrócić do namiotu, żeby się ogrzać. Odin zdawał się spać w najlepsze. Jego namiot (a właściwie mój) stał niewzruszenie w tym szalejącym wietrze. Żaden z jego śledzi nie został wyrwany z podłoża i zacząłem żałować, że dałem mu ten lepszy sprzęt.
Ogrzałem się trochę a potem znów wyszedłem na zewnątrz. A potem ponownie. W końcu uznałem, ze pora zwijać graty i jakoś udało mi się spakować, nie straciwszy nic ze swojego dobytku. Nawet odnalazłem te dwa śledzie, które spisałem już na straty. Myślałem, żeby wracać do auta, bo pomimo planów wędrówkowych na ten dzień, byłem tak przemarznięty, że ciężko było mi sobie wyobrazić czerpanie przyjemności z łażenia po górach. Odin wciąż siedział cicho w namiocie i w końcu postanowiłem go obudzić. Okazało się, że już nie spał i też marzł, leżąc w śpiworze. Pomogłem mu się spakować i ruszyliśmy w drogę powrotną.
Wciąż jeszcze trząsłem się z zimna, gdy niedługo potem mój towarzysz zaproponował, abyśmy może spróbowali dojść choć na jeden z tych zaplanowanych szczytów. W końcu pierwszy, Grånosi, znajdował się zaledwie rzut kamieniem stąd. Niezbyt miałem na to ochotę, ale uznałem, że co mi szkodzi. Skręciliśmy więc z oznaczonej ścieżki i ruszyliśmy na przełaj w kierunku widocznego w oddali wzniesienia. I niedługo potem dotarliśmy na miejsce. Ze szczytu widok nie był tak imponujący jak na punkcie widokowym, ale można było odhaczyć kolejny punkt programu.
A potem, ruszyliśmy dalej. Tak chyba z rozpędu. Nagle powrót do samochodu przestał być koniecznością. Do następnego szczytu był już spory kawałek ale okazało się, że im dalej oddalaliśmy się od Sjønosi, tym mniej wiało, a i wkrótce pojawiło się słońce i zrobiło się cieplej. I mogliśmy realizować nasz wcześniejszy plan.
Dojście do Hesthovd okazało się trochę problematyczne bo poza szlakiem na Sjønosi, w okolicy nie było żadnych innych ścieżek. Czasem więc przedzieraliśmy się przez jakieś zarośla. No i trochę trzeba było podejść pod górę. Ale ostatecznie zameldowaliśmy się na szczycie a potem właściwie z marszu weszliśmy na kolejny (Såta), który był już całkiem blisko. Cel został osiągnięty i mogliśmy wracać.
Szliśmy na przełaj, bo żadnych ścieżek nie było. Nie wracaliśmy też tą samą trasą, którą przyszliśmy. Obraliśmy najkrótszą możliwą marszrutę prowadzącą do farmy Glipstølen. Trasa była długa i trochę żmudna. Słońce już zaczęło dawać się we znaki i konieczne było posmarowanie skóry kremem, żeby się nie spiec. Marzyłem o zimnej kąpieli.
Dotarliśmy do starej farmy,a potem czekał nas ostatni, najgorszy odcinek. Zejście po stromym zboczu leśną ścieżką. Z początku nie było jeszcze tak źle, ale z czasem zmęczenie zaczęło o sobie dawać znać i kolana odczuwały każdy kolejny krok. Szliśmy dalej, bo z każdym pokonanym metrem zbliżaliśmy się do samochodu, czekającego na nas gdzieś tam niżej, na drodze. Odin wysforował się znów na czoło i coraz rzadziej przystawał, żeby na mnie poczekać. Pokonywaliśmy kolejne ostre zakręty trasy. Było ich chyba z milion, i każdy jeden podobny był do poprzedniego. W końcu jednak szlak sie skończył i ujrzałem swoje auto. To był piękny widok. Przez chwilę dochodziliśmy do siebie, a potem wsiedliśmy do środka i ruszyliśmy w drogę powrotną.
Mid-June brings significantly warmer and longer days. Perfect conditions for planning mountain hikes, including overnight stays in a tent. A week earlier, I hiked to Himakånå Viewing Point and spent the night on the nearby Stølanuten peak. The fantastic views from that trip will remain in my memory for a long time. The following weekend was to be my last one in Norway before a long break, and I wanted to use it for something extra. A trip that would outshine the previous one in its grandeur. I pondered the destination and potential views of such a trip for a while. Finally, I decided to head back to the town of Lærdalsøyri. Two years earlier, I had climbed Vetanosi Peak there, and that trip remains one of the best I’ve ever experienced. For a moment, I considered summiting the mountain again, but ultimately decided on Sjønosi.
Sjønosi isn’t actually a peak, but a viewpoint. It’s located on the opposite side of the Lærdalsfjord from the aforementioned Vetanosi and is 25 meters lower (1,102 meters above sea level). Less than a kilometer as the crow flies is the summit of Grånosi (1,209 meters above sea level), which I’d included in my plans, as well as other peaks in the same range: Hesthovd (1,296 m asl) and Såta (1,307 m asl).
Unexpectedly, a colleague from work, a native Norwegian with the most Norwegian name I’ve ever encountered, Odin, expressed interest in joining the expedition. Since he’d recently arrived all the way from Trondheim and didn’t have any equipment with him, I lent him a backpack, tent, and sleeping bag. We left on Friday after lunch, as the drive was long. We didn’t entirely avoid traffic jams while passing through Oslo, but that’s the norm on Fridays during the day.
We arrived in Lærdalsøyri around 6:00 PM, drove through the town, and headed for the famous Snow Road (Snøveien), where the trail began. The parking lot is actually a small lay-by on an already narrow road. When we arrived, we found our a kamper already parked there. Luckily, there was a spot for my car too. The sky was overcast, and the temperature, around 11-13 degrees Celsius, didn’t exactly encourage hiking. But since we had arrived…
The trail begins with an information board. We had 4 kilometers to go. Then the path enters the forest and climbs steeply uphill quite quickly. We had large backpacks with us. Odin, I suspect, didn’t have much in his (mine); I spied him hastily stashing a book there. I’d completely stripped mine down the day before our departure. But even so, the sleeping bag, tent, camping stove, water, and camera equipment all added up quite a bit. And we had to climb this steep slope for quite a long way. My companion, at least half my age, was doing quite well. He was ahead of me, maybe that’s why I couldn’t hear him panting, but he seemed to be in much better shape.
The path twisted and turned through the forest. There wasn’t much opportunity to admire the views. Everything was obscured by trees. At one bend, we met a Norwegian couple. They were probably in their sixties, and they must have driven the kamper we’d parked next to. They were just returning from Sjønosi and assured us the views were fantastic. I didn’t understand much, though, as Odin took over the conversation, and apart from a few fragments, most of what they said escaped me. We continued on. The path seemed endless, but surprisingly, I had grown accustomed to this arduous uphill trek.
Eventually, however, the terrain flattened out somewhat, and the path branched off deeper into the forest. The forest thinned out, but at that moment, it started raining. I pulled out my raincoat. It was wet and overcast, and I wondered about that planned overnight stay. Eventually, I realized that sleeping in ideal conditions isn’t always possible, and I stopped worrying. Odin continued going in front of me. We came across a river and a few cottages on its far bank. Some of them looked quite old, but a few were new. The place was called Glipstølen and had once been a farm. Now I wasn’t sure what its purpose was. Our route wound between houses and tall bushes further northwest. Trees were now rare, and soon they disappeared altogether.
The good news was that the rain had stopped. But it was still cloudy, windy, and rather cold. We walked across the heath, passing white mosses that looked like snow from afar, and marshy areas. We walked and walked. We had long since covered the aforementioned four kilometers; my GPS watch showed we had already covered over five, and our destination was still nowhere in sight.
But over the next hill, we finally saw a view. And not just any view. The Lærdalsfjorden and the town nestled at its tip loomed before us. From there, it was really close. A moment later, we were standing by a stone cairn and soaking up the views. Or at least we tried, because the icy wind howled like a madman on Sjønosi. Odin immediately put on something warmer. I held out longer because I was busy snapping photos. And there was plenty to snap, even despite the clouds and rather gloomy atmosphere. The view was similar to what I’d seen two years earlier on Vetanosi (which, incidentally, was right opposite). Three fjords met in one place before us (okay, it was actually one fjord with branches). And all around were steep mountain walls.
Then we started looking for a place to pitch our tents. And we had to hurry, because the longer we were exposed to the wind, the colder it got. We set up near the peak (or rather, the viewpoint). And after a short conversation, everyone went to bed. It was already after 10:00 PM.
The wind howled all night, but I managed to fall asleep. However, around two o’clock, it got even angrier and hit with such force that it ripped out two or three tent pegs. Unsecured, it began to shake in the wind, waking me from my sleep. I slid out of my sleeping bag and adjusted what I could. But it seemed like two tent pegs had flown into the distance. I tried to fall asleep again, but it was impossible. The tent was tossed around like some force was trying to force us off the mountain. I was afraid that if a crack appeared, the whole tent would be torn to shreds, and then things would be really bad. Fortunately, the fabric proved durable.
I don’t remember how long I lay inside, wondering if I could manage to fold the tent and other gear in this damned wind. Finally, I decided to climb out of my sleeping bag and head outside. My weight-loss backpack was now catching up to me. I’d expected higher temperatures, so I hadn’t brought long pants or even gloves, which usually stay in my pockets for small items. And now, moments after leaving the tent, my fingers began to stiffen with cold.
It was starting to clear up, and despite the still heavy cloud cover in places, the first rays of the rising sun began to break through from behind the mountains. And it was a spectacle worth getting up for. If it weren’t for the cold, I would have sat on a rock and stared at the view forever. However, I had to evacuate and return to the tent to warm up. Odin seemed to be fast asleep. His tent (or rather, mine) stood undisturbed in the raging wind. None of his tent pegs had been ripped from the ground, and I began to regret giving him the better gear.
I warmed up a bit and then went outside again. And then again. Finally, I decided it was time to pack up, and somehow I managed to pack without losing any of my belongings. I even found the two tent pegs I’d already written off. I considered heading back to the car, because despite my hiking plans for the day, I was so chilled that it was hard to imagine enjoying mountaineering. Odin was still sitting quietly in his tent, and I finally decided to wake him. It turned out he was already awake and freezing in his sleeping bag. I helped him pack, and we set off on our return journey.
I was still shivering when, shortly after, my companion suggested we try to climb at least one of those planned peaks. After all, the first one, Grånosi, was only a stone’s throw away. I wasn’t really in the mood for it, but I figured it wouldn’t hurt. So we turned off the marked path and headed cross-country towards a peak visible in the distance. And soon we arrived. The view from the summit wasn’t as impressive as at the viewpoint, but it was enough to tick off another destination.
And then, we continued on. Suddenly, returning to the car wasn’t necessary. The next peak was quite a distance away, but it turned out that the further we got from Sjønosi, the less wind there was, and soon the sun came out and it got warmer. And we could stick to our previous plan.
Reaching Hesthovd proved a bit problematic because, apart from the Sjønosi trail, there were no other paths in the area. So, we sometimes struggled through some undergrowth. And it was a bit of an uphill climb. But eventually, we reached the summit and then, practically at a walk, climbed the next one (Såta), which was quite close. Our goal was achieved, and we could head back. We hiked cross-country, as there were no paths. We also didn’t return the same way we came. We took the shortest possible route to Glipstølen Farm. The route was long and somewhat arduous. The sun was already starting to beat down, and I needed to apply sunscreen to avoid burning. I longed for a cold bath.
We reached an old farm, and then the final, hardest part awaited us: a descent down a steep slope along a forest path. At first, it wasn’t so bad, but over time, fatigue began to set in, and my knees felt every step. We continued on, because with every meter we covered, we were closer to the car waiting for us somewhere lower down on the road. Odin had moved to the front again, stopping less and less often to wait for me. We negotiated sharp bends. There were probably a million of them, and each one was similar to the last. Eventually, however, the trail ended, and I saw my car. It was a beautiful sight. We took a moment to recover, then we get in and started our return journey.


































































Jeden komentarz
Lidia Ogrodowczyk
I to była piękna wycieczka, pomimo tych kilku niedogodności. Zdjęcia wspaniałe.