górskie wyprawy

Wiosenno zimowe wejście na Årdalsknapen

Od kiedy zaczyna się sezon na górskie wędrówki w Norwegii? Cóż, trudno powiedzieć. Niektórzy korzystają z uroków natury przez cały rok. Szczęściarze. Zima, nie zima, w góry iść trzeba. Zazdroszczę. Ja musiałem czekać aż do kwietnia na moją pierwszą w tym roku wyprawę. I to w dodatku do końca kwietnia. Ale w końcu się doczekałem. Wiedząc, że w środkowej części kraju wciąż będzie leżeć gruba warstwa śniegu, celowałem w zachodnie wybrzeże. Ale w ostatnim momencie natrafiłem na ciekawą i rokującą miejscówkę na południu. Tam także trudno było spodziewać się zimy o tej porze roku. Chodzi dokładnie o miejscowość Byglandsfjord w rejonie Setesdal i Agder. Wyszukałem na mapie leżący tuż za miasteczkiem szczyt o nazwie Årdalsknapen (762m n.p.m.), miejsce na rozłożenie namiotu oraz drugą, krótszą ale równie ciekawą trasę i podekscytowany mogłem się szykować do drogi.

Close
Wyznaczanie trasy
pokaż opcje ukryj opcje
Print Reset
Pobieranie wskazówek...
Close
Find Nearby Zapisz położenie znacznika Wyznaczanie trasy

Tradycyjnie wyjechałem bardzo wcześnie, żeby nie tracić czasu, bo droga dość daleka. Na miejscu byłem jakoś po 8.00 rano. Szlak zaczynał się w zatoczce przy głównej drodze nr 9, nad brzegiem jeziora Byglandsfjorden, tuż przed kempingiem Neset Camping. Spodziewałem się nieco słońca i faktycznie, było go… zaledwie nieco. Dzień okazał się wietrzny, i to bardzo. Gdy nie wiało, było nawet ciepło, ale gdy tylko zrywał się wiatr, (a właściwie, to wiało cały czas, tylko ja czasem byłem zasłonięty przez górę) robiło się lodowato zimno.

Zabrałem ze sobą z samochodu plecak, i ruszyłem na szlak. Pierwszy etap, to dość strome podejście leśną ścieżką. Podłoże zaścielały zeschnięte liście. Dość szybko znalazłem się na wysuniętym na zachód miejscu, skąd rozpościerał się widok na położony w dole Neset Camping i jezioro. Ładny widoczek. Ale trzeba było iść dalej. Ruszyłem więc. Było zatem więcej drzew, skał i więcej wspinania się. Na szczęście szlak był dobrze oznaczony. Trwało to jakiś czas. Ścieżka z czasem zrobiła się mniej stroma a ja dotarłem do wypłaszczenia terenu. Gdy mogłem dojrzeć cel mojej wędrówki, okazało się, że na szczycie wciąż jest sporo śniegu. Nie był to jednak powód do obaw. Póki co szedłem po suchym podłożu.

Ale wkrótce dotarłem do niewielkiej dolinki, przykrytej białym puchem. Zatrzymałem się, wyciągnąłem z plecaka stuptuty i założyłem je na nogi. Teraz mogłem stawić czoła śnieżnym zaspom. I tak też zrobiłem. Minusem chodzenia w śniegu jest to, że (ciężko się po nim idzie) często nie widać ścieżki. Opierałem się więc na śladach stóp pozostawionych przez kogoś, kto musiał przemierzać tę trasę dzień lub kilka dni wcześniej. A niekiedy dostrzegałem oznaczenia szlaku wymalowane farbą na drzewach. Śnieg nie zawsze był twardy i ubity i bywało, że nogi zapadały się w zaspach. Grunt, że posuwałem się naprzód.

Przemierzyłem dolinkę. Przede mną pojawiło się wzgórze, ostatni etap wędrówki. Dość strome zbocze pokryte grubą warstwą śniegu. Trzeba było zachować ostrożność. Wspinałem się więc powoli. W końcu dotarłem na… nie, nie na szczyt, jeszcze nie. Dotarłem na kolejne wypłaszczenie terenu. Ale stąd widziałem już szczyt. A właściwie dwa. Przez moment zastanawiałem się, który jest ten właściwy, ale oszacowanie który jest wyższy pomogło wybrać właściwy kierunek marszu. Koleje kilka minut i byłem na…. tak, tym razem już na szczycie. A tam wiało już na całego. Nie było gdzie się schować, więc ciężko było delektować się widokami. Porobiłem jedynie kilka fotek, na latanie dronem nie było szans.

Rozpocząłem odwrót. Schodziłem tą samą trasą. Na to samo wypłaszczenie terenu, przez te same zaspy, momentami moja trasa odbijała nieco od tej, którą szedłem pod górę, ale koniec końców zawsze wracałem na tę samą ścieżkę. Wkrótce mogłem pozbyć się stuptutów (rzecz jasna, ich nie wyrzuciłem, tylko ściągnąłem z butów) i szedłem dalej. Wydawało się, że teraz, w środku dnia zrobiło się nieco cieplej i mogłem ściągnąć z siebie polar, ale gdy tylko wyszedłem na otwartą przestrzeń i powiało znowu, momentalnie marzłem. Kwiecień, plecień…

Wreszcie dotarłem na sam dół, do swojego auta. W głowie miałem mały mętlik w związku z planowanym wcześniej noclegiem w namiocie. Przy takim wietrze były małe szanse, że będzie to spokojna noc. Miałem jeszcze chwilę do zastanowienia, bowiem czekała mnie ta druga, krótsza trasa. Ale o niej opowiem następnym razem.

When does the mountain hiking season in Norway start? Well, it’s hard to say. Some people enjoy nature year-round. Lucky bastards. Winter, not winter, you have to go to the mountains. I’m jealous. I had to wait until April for my first trip this year. And until the end of April, at that. But I finally made it. Knowing that the central part of the country would still have a thick layer of snow, I aimed for the west coast. But at the last minute, I stumbled upon an interesting and promising spot in the south of the country. There, too, it was hard to expect winter at this time of year. I am talking about the town of Byglandsfjord in the Setesdal and Agder region. I found a peak called Årdalsknapen (762m asl) on the map, just outside the town borders, a spot to pitch my tent, and a second, shorter but equally interesting route, and excitedly got ready to set off.

As usual, I set off very early so as not to waste any time, as the route was quite long. I arrived around 8:00 a.m. The trail began in a cove off main road no. 9, on the shores of Lake Byglandsfjorden, just before Neset Camping. I expected some sun, and indeed, there was… just a little. The day turned out to be windy, very windy. When it wasn’t windy, it was even warm, but whenever the wind picked up (actually, it blew constantly, only I was sometimes blocked by the mountain), it became freezing cold.

I grabbed my backpack from the car and set off on the trail. The first stage was a rather steep ascent along a forest path. The ground was strewn with dried leaves. Pretty soon, I reached the westernmost point, overlooking Neset Camping and the lake below. A beautiful view. But I had to keep going. So I set off. This meant more trees, more rocks, and more climbing. Fortunately, the trail was well-marked. This took some time. The path gradually became less steep, and I reached a flattened terrain. When I could see my destination, it turned out there was still a fair amount of snow at the summit. This wasn’t cause for concern, however. For now, I walked on dry ground.

But soon I reached a small valley, covered in white powder. I stopped, pulled my gaiters from my backpack, and put them on. Now I could brave the snowdrifts. And so I did. The downside of walking in snow is that (it’s difficult to walk in it) the path is often invisible. So I relied on footprints left by someone who must have walked this route a day or two earlier. And sometimes I spotted trail markers painted on trees. The snow wasn’t always firm and packed, and sometimes my feet sank into the drifts. The important thing was that I was moving forward.

I crossed the valley. A hill appeared before me, the final stage of the hike. A rather steep slope covered in a thick layer of snow. I had to be careful. So I climbed slowly. Finally, I reached… no, not the summit, not yet. I reached another flattened area. But from here, I could see the summit. Two, actually. For a moment, I wondered which one was the right one, but estimating which one was higher helped me choose the right direction. Another few minutes and I was at… yes, this time at the summit. And there was a full gale of wind. There was nowhere to hide, so it was hard to enjoy the views. I only took a few photos; there was no chance of flying a drone.

I began to retreat. I descended along the same route. The same flattened area, through the same drifts. At times, my route deviated slightly from the one I’d taken up the ascent, but in the end, I always returned to the same path. Soon, I was able to shed my gaiters (of course, I didn’t throw them away, just took them off my shoes) and continued walking. It seemed that now, in the middle of the day, it had warmed up a bit and I could take off my fleece, but as soon as I stepped out into the open and the wind picked up again, I was instantly freezing. April…

Finally, I reached the bottom, and get to my car. My mind was a little confused about my previously planned overnight stay in a tent. With this wind, there was little chance of a peaceful night. I still had time to think, as I had the second, shorter route ahead of me. But I’ll tell you about that next time.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *