górskie wyprawy

Synshorn, czyli jak wrócić z tarczą po porażce

Przyszedł taki moment, kiedy uświadomiłem sobie, że mam wykupione roczne członkostwo DNT i jak do tej pory wykorzystałem je tylko raz, na nocleg w hycie Blomstølen. A to było chyba jeszcze w marcu. Teraz mieliśmy już wrzesień. Pomyślałem, że fajnie byłoby znów wybrać się na jakąś hyttę i spędzić nockę w norweskich górach. Najlepiej w takim miejscu, gdzie miałbym cały przybytek wyłącznie dla siebie. Szukałem, szukałem, porównywałem z prognozą pogody na weekend i w końcu znalazłem. Domek Yksendalsbu w południowym Jotunheimen. W raczej mało uczęszczanym rejonie, tak mi się przynajmniej wydawało.

Close
Wyznaczanie trasy
pokaż opcje ukryj opcje
Print Reset
Pobieranie wskazówek...
Close
Find Nearby Zapisz położenie znacznika Wyznaczanie trasy

Zarezerwowałem miejsce na stronie DNT w piątek i spakowałem wszystkie niezbędne rzeczy. Duży plecak z kompletem poszewek (spanie we własnym śpiworze jest niedopuszczalne), rzeczy do przebrania, jedzenie na drogę, aparat, kamerę i drona. W sobotę bardzo wcześnie rano (właściwie to jeszcze w nocy) wyruszyłem w drogę.

Do Yksendalsbu można dojść z trzech stron. Od zachodu, gdzie znajdują się dwa hotele: Fondsbu oraz Eidsbugarden, od południa, przez dolinę Sandalen i hyttę Tomashelleren oraz od wschodu, z drogi 51, rzut kamieniem od hotelu Bygdin. Ta trzecia opcja wydawałą się najlepsza jeśli chodzi o dojazd autem. Byłem już wcześniej w tej okolicy, i wiedziałem czego się spodziewać i gdzie zaparkować. To był ten sam parking na którym się zatrzymywało gdy celem wędrówki była góra Bitihorn. Zjawiłem się tam gdzieś w okolicach 8.00 rano. Na miejscu stały dwa auta, należące zapewne do osób, które nocowały gdzieś nieopodal w namiotach.

Szybko przebrałem buty, dopakowałem plecak i ruszyłem na szlak. Było dość mokro a ścieżka, ta sama, która prowadziła na Bitihorn, był pokryta błotem. Nic dziwnego, to dość popularny szlak a poprzedniego dnia mocno padało. Liczyłem na to, że później, gdy ścieżka odbije na Bitihorn, moja trasa będzie w lepszym stanie. Szedłem równolegle do linii brzegowej jeziora Bygdin, a właściwie jego cześci, nazwanej Raudfjorden. W oddali majaczyły strzeliste góry Jotunheimen, a od południa charakterystyczny kształt Bitihorn. Zapowiadał się całkiem przyjemny dzień i miałem nadzieję, że uda mi sie dojść do celu bez przeszkód. Miałem przed sobą jakieś 20 km marszu.

Nie uszedłem jednak daleko. Jakieś 2 kilometry od parkingu natrafiłem na przecinającą ścieżkę rzekę. Spływajaca z gór wartka woda, zasilana ostatnimi, dość obfitymi opadami, gnała dziko w dół zbocza, w kierunku jeziora. Jedyną opcją przejścia na drugi brzeg była karkołomna akrobacja na kamieniach, wystajacych nad powierzchię, śliskich od wilgoci i pewnie nie do końca stabilnych. Z dużym plecakiem na ramionach i obwieszony sprzętem foto, raczej nie przewidywałem sukcesu podczas tej operacji. Przeszedłem się wzdłuż brzegu szukając miejsca nadajacego sie do przeprawy, ale nie znalazłem. Docierało do mnie, że nie dam rady dotrzeć do Yksendalsbu. Nawet gdyby udało mi się przejsć tę rzekę, niedługo potem natknąłbym sie na kolejną, a potem na jeszcze jedną. Nie wyglądało to dobrze. Musiałem zawrócić i pomyśleć co dalej.

Na parkingu zaczynało robić się tłoczno. Coraz wiecej ludzi szykowało się na wejście na Bitihorn. Część z nich minąłem wracając do auta. Myślałem, czy nie wejść na tę górę w ramach planu B. W końcu nocleg w Yksendalsbu musiałem spisać już na straty. Na Bitihorn już byłem, poza tym musiałbym i tak zostawić duży plecak w aucie, nie było sensu pchać się tak wysoko z takim cieżarem na plecach. Na parkingu otworzyłem apkę z mapą i sprawdziłem jakie mam jeszcze inne opcje.

Bitihorn

Na północ od hotelu Bygdin wznosiłą się góra Synshorn, na której mnie jeszcze nie było. Miała 1475m n.p.m. i była miejsza od Bitihorn, ale za to nie miała na szczycie całego tego żelaznego ustrojstwa, szpecącego krajobraz. Stwierdziłem, że ta opcja bardziej mi pasuje i zamiast wracać do domu na tarczy, mogę wykorzystać niepowodzenie z Yksendalsbu i przynajmniej zdobyć tutaj jakis szczyt.

Plan wymagał podjechania do Bygdin i pozostawienia tam samochodu. Już parkując pod Bitihorn musiałem zapłacić 80 kr. Na parkingu przy hotelu straciłem kolejne 80. Czego to się nie robi, żeby moć się troche sponiewierać w górach. Zorientowałem się, że tak byłem nastawiony na nocleg w hycie, że nie wziałem ze sobą awaryjnie mniejszego plecaka. Mogłem iść całkiem na lekko, ale nie miałbym jak nieść mojego sprzętu foto/video. Na szczęście mój 100-litrowy plecak miał odczepiany pas biodrowy i kaptur, dzieki czemu mogłem skonstruować coś na kształt naerki lub niewielkiej torby na biodrze i tam schować kilak drobiazgów. Na koniec wziąłem jeszcze bidon z wodą, bo w końcu trzeba jakoś uzupełniać płyny w drodze.

Dzień był raczej pochmurny ale według prognozy nie powinno padać. Przeszedłem drogą od parkingu na przeg jeziora i wzdłuż linii brzegowej zbliżyłem się do podnóża Synshorn. Na sąsiednim parkingu było tłoczno, a sylwetki osób wspinajacych sie na tę samą górę, na którą zmierzałem mówiły mi, że będzie tłoczno. Nie lubię tłoku w górach. Mój plan B był do bani. Ale inengo już nie miałem.

Nowi ludzie wciaż wylewali się z aut na parkingu i dołączali na szlak, wiec nie miałem na co czekać. Ruszyłem do przodu i pod górę. Szlak od początku był bezlitostny. Wiele osób przystawało prędzej czy później by złapać oddech, ja parłem naprzód, wyprzedzając ile tylko mogłem. Zatrzymywałem się jedynie, żeby zrobić szybkie zdjęcie lub nagrać jakieś ujęcie i szedłem dalej.

W pewnej chwili poczułem że mam mokre spodnie na prawej łydce. Musiałem je zachlapać może przechodząc przez jakąś kałużę. Tylko, że nie mogłem sobie przypomnieć abym przechodził przez jakąś w taki sposób, żeby mogło do tego dojść. Rozwiażanie tej zagadki przyszło chwilę później. Bidon z wodą, który postanowiłęm zabrać, leżał sobie poziomo w kieszeni mojej biodrowej torby i jak się okazało nie był szczelny. Woda sukcesywnie sie z niego wylewała, zalewając rzeczy które niosłem wewnatrz i spływała po nogawce. Świetnie, miałęm nadzieję, że nie zalało mi drona. Wyglądało na to, że nic tego dnia nie idzie tak jak powinno.

Szedłem jednak dalej. Aż w końcu doszedłęm na miejsce. Przy dużym kamiennym kopcu zgromadziło się sporo ludzi. A właściwie dzieci. Miałem przed sobą wycieczkę szkolną. Zignorowałem ją i zabrałęm się za kontemplację widoków.  A było co oglądać. Obłędne kształty gór Jotunheimen, pobliski Bitihorn, jeziora i równiny, malutkie zabudowania Bygdin w dole, gnane wiatrem chmury.

Zauważyłem, że część ludzi, dochodzi na szczyt, przystaje i zamiast zawracać idzie dalej, na sąsiednie wzniesienie. Wyciagnąłem komórkę i sprawdziłem mapę. Rzeczywiscie, szczyt Synshorn znajdował sie na sąsiędnim wzniesienieu, nie tutaj. Co wiecej, ludzie którzy tam szli już nie wracali. Szli dalej jakąś ścieżką. Sprawdziłem ponownie. Tak, był szlak biegnący przez dwa kolejne szczyty a następnie schodzącyw  dół w dolinę i wracający dołem do Bygdin. Wyglądało to nawet obiecująco. Dużo lepiej niż wejście na pojedynczą górę i zejscie tą samą trasą by zaraz wsiąść w auto i wrócić do domu. Udałem się w tamtą stronę.

Na „prawdziwym” szczycie Synshorn wyciagnałem drona i wykonałem kilka ujęć. A potem poszedłem dalej, tuż za kolejnymi ludźmi, którzy wybrali tę właśnie trasę.

Synshorn

Bygdin

Chwilę później zaczęło padać. Wspominałem, że miało nie padać? Cóż, prognostycy się nie popisali. A ja w dodatku nie wziąłem ze sobą kurtki przeciwdeszczowej. Co za dzień. Dopóki nie padało jeszcze tak mocno, mój polar dawał radę. Ale wiadomo, nie został stworzony do noszenia na deszczu. Liczyłem, że to tylko przelotny i zaraz minie, ale nie mijało. Ja pokonywałem kolejne odcinki trasy, wszedłem na następny szczyt a potem na jeszcze jeden, a z nieba wciaż się lało. Przestało dopiero jak zszedłem w dolinę Heimre Fagerdalen.

I wtedy, gdy byłem już mokry pojawiło się nawet słońce. Trasa wiodła teraz na wschód lub południowy wschód, w kierunku hotelu Bygdin. Niedługo potem rozgałęziała się. Jedna odnoga biegła dalej na Synshorn i Bygdin, druga odbijała bardziej na południe, kierujac sie na linię brzegową jeziora. Wybrałem tę drugą opcję. Do przejścia miałem mieć więcej, ale liczyłem na dużo ciekawsze widoki. Tu w dolinie znó pojawił się problem z błotem na ścieżce, na szczęście nie było aż tak źle.

Sukcesywnie schodziłem ku jezioru Bygdin. Ścieżka połączyła sie w końcu z drogą biegnącą wzdłuż brzegu tuż przy Bygdisheim, prywatnej posiadłości z malowniczymi domami na niewielkim cyplu. Teraz maszerowałem po żwirowanej, szerokiej drodze, po płaskim. Moje kolana były mi dozgonnie wdzięczne. Trasa na parking hotelu mogła wydawać się nudna i monotonna, ale nie taka nie była. Wokół wciąż miałem świetne widoki do podziwiania, przejrzystą wodę jeziora, oddalajace się zabudowania Bygdisheim. A w dodatku, w którymś momencie znów zaczęło padać.

Tym razem deszcz był naprawdę przejściowy i nie tak intensywny jak poprzednio. Zanim dotarłem na parking znów pokazało się słońce. Trasa jaką zrobniłem to przeszło 13 km. Plus wcześniejsze 5 przy nieudanym podejściu na hyttę Yksendalsbu. Całkiem nieźle jak na jeden dzień. Mogłem spokojnie się pakować w samochód i wracać do domu.

Bitihorn

Najbardziej oblegany szczyt Synshorn | Most popular summit of Synshorn.

Jezioro Vinstre | Vinstre Lake

There came a moment when I realized I had a yearly DNT membership and had only used it once so far, for an overnight stay at the Blomstølen cabin. And that was probably back in March. Now it was already September. I thought it would be nice to go to a cabin again and spend the night in the Norwegian mountains. Ideally, somewhere where I could have the whole place to myself. I searched and searched, compared it with the weekend weather forecast, and finally found it. The Yksendalsbu cabin in southern Jotunheimen. In a rather unfrequented area, or so I thought.

I booked a place on the DNT website on Friday and packed all the necessary things. A large backpack with a full set of pillowcases (sleeping in your own sleeping bag is not allowed), a change of clothes, food for the trip and photo / video equipment. Very early on Saturday morning (actually, still at night), I set off.

Yksendalsbu can be reached from three directions. From the west, where two hotels are located: Fondsbu and Eidsbugarden; from the south, through the Sandalen Valley and the Tomashelleren hytta; and from the east, from Route 51, a stone’s throw from Hotel Bygdin. This third option seemed the best for access by car. I’d been in this area before, so I knew what to expect and where to park. It was the same parking lot I’d used when hiking to the Bitihorn. I arrived there around 8:00 a.m. There were two cars parked there, probably belonging to people who had camped nearby.

I quickly changed my shoes, loaded my backpack, and set off on the trail. It was quite wet, and the path—the same one that led to the Bitihorn—was covered in mud. Not surprising, as it’s a fairly popular trail, and it had rained heavily the previous day. I hoped that later, when the path branched off to the Bitihorn, my route would be in better condition. I walked parallel to the shoreline of Lake Bygdin, or rather, the part of it called Raudfjorden. In the distance loomed the towering Jotunheimen Mountains, and to the south, the distinctive shape of the Bitihorn. It promised to be a pleasant day, and I hoped I’d reach my destination without any problems. I had about 20 kilometers of walking ahead of me.

I didn’t get far. About two kilometers from the parking lot, I came across a river crossing the path. The rushing water, fed by the recent, rather heavy rainfall, rushed wildly down the slope towards the lake. The only option to cross was a daring acrobatic maneuver on slippery and probably not entirely stable rocks. With a large backpack on my shoulders and my camera gear hanging over my shoulders, I didn’t expect success with this operation. I walked along the river, looking for a suitable crossing point, but I couldn’t find one. I realized I wouldn’t make it to Yksendalsbu. Even if I managed to cross this river, I would soon encounter another one, and then another. It didn’t look good. I had to turn around and consider what to do next.

The parking lot was starting to get crowded. More and more people were preparing to climb Bitihorn. I passed some of them on the way back to the car. I considered climbing the mountain as plan B. In the end, I had to give up to overnight stay in Yksendalsbu. I’d already been to Bitihorn, and besides, I’d have to leave my large backpack in the car anyway; there was no point in pushing myself up that high with such a heavy load on my back. In the parking lot, I opened my map app and checked my other options.

North of the Bygdin hotel rose Mount Synshorn, which I hadn’t been to before. At 1,475 meters above sea level, it was smaller than Bitihorn, but it didn’t have all that steel structures on top that disfigured the landscape. I decided this option suited me better, and instead of heading home on a shield, I could capitalize on the failure in Yksendalsbu and at least summit a peak there.

Tuż przed deszczem | Just before rain

Jezioro Bygdin | Bygdin Lake

My plan required a driving to Bygdin and leaving the car there. I had to pay 80 kr for Bitihorn parking lot. At the hotel parking lot, I lost another 80. But what do you do to get a little carried away in the mountains? I realized I’d been so focused on staying overnight in a mountain cabin that I hadn’t brought a smaller backpack in case of an emergency. I could have walked quite lightly, but I wouldn’t have been able to carry my photo/video equipment. Fortunately, my 100-liter backpack had a detachable hip belt and cap, so I could have constructed something like a small hip bag and stashed a few items there. Finally, I grabbed a water bottle, because after all, you have to replenish your fluids on the go somehow.

The day was rather overcast, but according to the forecast, it wasn’t supposed to rain. I walked from the parking lot to the shore of the lake and along the coastline, approaching the foot of Synshorn. The adjacent parking lot was crowded, and the silhouettes of people climbing the same mountain I was heading for told me it would be crowded. I don’t like crowds in the mountains. My plan B was a disaster. But I had no other option. New people were still pouring out of their cars in the parking lot and joining the trail, so I couldn’t wait. I pushed forward and uphill. The trail was unforgiving from the start. Many people stopped sooner or later to catch their breath, but I pressed on, overtaking as many as I could. I only stopped to take a quick photo or video and then kept going.

At one point, I felt my pants get wet. I must have splashed them while walking through a puddle. But I couldn’t remember ever walking through one in such a way that it could have happened. The solution to this mystery came a moment later. The water bottle I’d decided to take was lying horizontally in the pocket of my hip bag, and as it turned out, it wasn’t sealed. The water gradually spilled out, soaking the things I was carrying inside and running down my pant leg. Great, I hoped it hadn’t soaked my drone. It seemed like nothing was going right that day.

But I kept walking. Until I finally reached my destination. A large group of people had gathered by a large stone mound. Children, to be precise. I had a school trip ahead of me. I ignored all of those people and began to admire the views. And there was plenty to see. The insane shapes of the Jotunheimen mountains, the nearby Bitihorn, the lakes and plains, the tiny buildings of Bygdin below, the wind-driven clouds.

I noticed that some people, upon reaching the summit, stopped, and instead of turning back, continued on to the neighboring hill. I pulled out my phone and checked the map. Indeed, the Synshorn summit was on the neighboring hill, not here. What’s more, the people who had gone there hadn’t returned. They were continuing along some path. I checked again. Yes, there was a trail that ran past two more peaks, then descended into the valley and returned to Bygdin. It looked promising. Much better than climbing a single mountain, descending the same route, and then getting back in the car and heading home. I headed in that direction.

At the „real” Synshorn summit, I took out my drone and took a few shots. And then I continued on, right behind the next group of people who had chosen this particular route.

A moment later, it started raining. Did I mention it wasn’t supposed to rain? Well, the forecasters were wrong. And I hadn’t brought a rain jacket with me. What a day. As long as it wasn’t raining so heavily, my fleece jacket was fine. But, you know, it wasn’t made for rain. I hoped it would just be a brief shower and pass soon, but it didn’t. I continued up the trail, climbed another peak, and then another, and the rain continued pouring down. It only stopped when I descended into the Heimre Fagerdalen valley.

Bygdinsheim

Bitihorn

And then, just as I was soaking wet, the sun even appeared. The route now headed east or southeast, towards the Bygdin Hotel. Soon after, it branched off. One branch continued towards Synshorn and Bygdin, the other branched further south, heading for the lake shoreline. I chose the latter. I had more to walk, but I was hoping for much more interesting views. Here in the valley, the mud on the path reappeared, but fortunately, it wasn’t that bad.

I gradually descended towards Lake Bygdin. The path finally connected with a road running along the shore right next to Bygdisheim, a private estate with picturesque houses on a small promontory. Now I was walking on a wide, gravel road, on a flat surface. My knees were eternally grateful. The route to the hotel parking lot might have seemed boring and monotonous, but it wasn’t. I still had great views to admire: the clear water of the lake, the receding buildings of Bygdisheim. And what’s more, at some point it started raining again.

This time, the rain was truly temporary and not as intense as before. By the time I reached the parking lot, the sun had reappeared. The route I had covered was over 13 km. Plus the previous 5 during my failed attempt at the Yksendalsbu cabin. Not bad for one day. I could easily pack up the car and head home.

Moja próba dojścia do Yksendalsbu

Trasa na Synshorn i dalej

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *